poniedziałek, 24 kwietnia 2017

3.


„Za późno na skruchę. Rzeczywistość nieubłaganie biegnie dalej.”


         – Sakura! Sakura! Sakura Haruno, odpowiadaj, kiedy do Ciebie mówię! – krzyki blond przyjaciółki skutecznie wyrwały mnie z chwilowego zamysłu, osłupienia... Ciężko określić stan, w którym wydaje się, że serce przestaje bić, chociaż wszystkie funkcje życiowe zostają zachowane. Może był to po prostu szok?
Tłum wokół shinobich zdawał się gęstnieć, a mi każdą kolejną chwilą udało się  poznawać nowo przybyłe twarze. Stałam otoczona, a raczej osaczona, niemal całym rocznikiem swoich towarzyszy z czasów akademii, a ninja wlepiali we mnie swoje oczy, przebijając na wylot niejasnymi spojrzeniami. Zmartwienie, dezorientacja, trwoga? Niełatwo było się ustosunkować w obliczu tak licznej grupy gapiów.
          Akamaru swoim pyszczkiem ocierał się o moją nogę, skomląc cicho. Chōuji w reakcji na stres pałaszował już trzecią paczkę chipsów o smaku ramen, a jego najlepszy przyjaciel - Shikamaru, spalał chyba czwartego z rzędu papierosa.
– Nic Ci nie jest? – zapytał zmarnowany Nara, gasząc butem kolejny niedopałek.
– Wszystko w porządku – odpowiedziałam zażenowana, a właściwie zawstydzona swoim niedoszłym występem. Ona: Sakura Haruno - Legendarny Sannin, najlepszy medyk swojego pokolenia, uczennica Piątej Hokage - niemal straciła życie w wyniku dosadnego kontaktu z gruntem. Gdzie oklaski, fanfary?
Nagle, tuż przy samym uchu, rozległ się krzyk, który osiągnął swoim natężeniem chyba dwustu decybeli. Nawet najlepsze zatyczki do uszu nie dałyby rady w starciu ze strunami głosowymi Yamanaki.
– Powinnaś bardziej uważać! Tsunade nie mówiła Ci nigdy, że nie wolno spuszczać wzroku z przeciwnika?! Mogło Ci się coś stać!
– Ino, na Boga Shinobi, przestań się drzeć – Kiba upomniał znajomą. – Akamaru się przestraszył. – Blondynka spojrzała współczująco na zwierzę, po czym zaczęła głaskać puchatego przyjaciela Inuzuki w geście przeprosin, w międzyczasie ciskając pioruny w moim kierunku. Nie ma co, po kilku latach zafundowała mi bardzo czułe przywitanie.
Po chwili do wesołej gromadki dołączył też Uzumaki, podtrzymujący kurczowo naszego senseia.
– Naruto-kkun… Ty krwawisz! – Nim ktokolwiek zdążył dojść do słowa, zdenerwowana Hinata podbiegła do wybranka swego serca, bacznie lustrując ranę na policzku chłopaka. W całym zamieszaniu udało mi się ukradkiem spojrzeć na szczyt budynku - po ANBU nie został ślad, co mogło oznaczać, że shinobi udali się w pościg za nieznajomym. W ich obecnym stanie było to wybitnie nierozsądnym zagraniem. Jak jednak widać, brak pomyślunku w tym dniu szerzył się niczym zaraza. Westchnęłam cicho, przeczesując ręką kaskady włosów.
– Miło widzieć cię ponownie, Sasuke – poważny ton Hatake przejął inicjatywę nad poruszonym zgromadzeniem. – Szkoda tylko, że w tak niesprzyjających okolicznościach – dodał niepocieszony. Kruczowłosy prychnął lekceważąco, kwitując tym samym słowa Rokudaime.
– Dziękuję za ratunek, Sasuke! – krzyknął entuzjastycznie Uzumaki, drapiąc się w tył głowy. – A u ciebie mam dług wdzięczności, Sakura-chan! – chłopak zaśmiał się nerwowo, szczerząc zęby zęby w szerokim uśmiechu.
– Gdybyście zachowali większą ostrożność, żadne z was nie potrzebowałoby pomocy – warknął zdegustowany Uchiha. – Coś Ty sobie do cholery myślał, rzucając się bez namysłu na przeciwnika? Śpieszno Ci do grobu? – odpowiedź kruczowłosego przepełniona była jadem i podłością, ale nie było to w zasadzie czymś nowym. Zwykły obserwator mógłby pokusić się o stwierdzenie, że byliśmy mu tak obojętni jak cała reszta społeczeństwa. My jednak wiedzieliśmy swoje - byliśmy mu bliscy na tyle, by się o nas martwił. W swój własny, dość... Unikatowy sposób.
– Pokłócicie się potem, teraz są ważniejsze sprawy – postanowiłam przerwać nieprzyjemną ciszę i wrogie spojrzenia, którymi obrzucali się przyjaciele. Swoją wypowiedź zakończyłam długim westchnięciem. Ten dzień był zdecydowanie zbyt długi, a póki co nie było widać końca.
Zmarnowanym krokiem zaczęłam podchodzić do Naruto. Chłopak wzdrygnął się momentalnie, jakby przeczuwając nachodzący cios za swoją lekkomyślność - przeliczył się. Nie miałam ochoty bić, krzyczeć ani nawet szarpać, co było moim zwyczajem jeszcze za czasów dziecięcych. Jakby się dogłębnie przyjrzeć, to można uznać, że byłam dość agresywną nastolatką. Wiek buntu, niespełniona miłość i wojna jednak wpływają na człowieka.
– Uleczę Twoja ranę – powiedziałam potulnie, przykładając dłoń do policzka przyjaciela. Zielona poświata błyskawicznie zasklepiła rysę na twarzy blondyna, nie pozostawiając blizny ani żadnego innego śladu.
– Dziękuje, Sakura-san – wyszeptała Hinata, z ulgą spoglądając na niebieskookiego.
– Sakura ma rację, odstawmy tę szopkę na potem. Mamy coś do omówienia, prawda, Kakashi? – gniewny głos Shikamaru przeciął powietrze niczym ostrze kunsztownego miecza. Ciężko było stwierdzić, czy dym otaczający Narę był zaledwie tytoniową otoczką, czy ciemnowłosy zaczął już parować ze wściekłości. Coś wisiało w powietrzu, a Hatake był winien sporo wyjaśnień chyba nie tylko mnie. Sensei, wyczuwając buzującą złość chłopaka, skinął jedynie głową w geście potwierdzenia.
Rokudaime momentalnie rozwiał przyglądający się gromadzie shinobi tłum, zalecając ludziom pozostanie w domach i zapewniając wszystkich, że za awanturnikiem zostały już wysłane najlepsze oddziały ANBU. Obywatele nie wydawali się przekonani słowami siwowłosego, ale posłusznie opuścili teren.
– W takim razie zapraszam do mojego gabinetu – Kakashi westchnął, gdy na dziedzińcu został w obecności drużyny Shikamaru i swoich dawnych uczniów.
– W Twoich najśmielszych marzeniach, sensei – wtrąciłam gorączkowo. – Z całym szacunkiem, ale aktualnie zabieram Cię do szpitala. Twoje stopy są całkowicie poparzone – wytknęłam, lustrując uważnie nogi Hatake.
– Sakura, to jest poważna sprawa, duża... - Rokudaime zaczynał się wykręcać, ale nie ze mną takie numery. Co to, to nie.
– Duża, to może być Twoja wyobraźnia, sensei – odparłam machinalnie. – Możesz sobie wyobrazić, że sala szpitalna jest Twoim biurem, Szanowny - dodałam, posyłając siwowłosemu swój firmowy uśmiech numer pięć, który mówił jasno: jeśli mnie nie posłuchasz, to zaciągnę cię tam siłą.

***

Mimo licznych protestów Sakura pozostała nieugięta względem swojej decyzji, a shinobi znaleźli się w budynku dosłownie kilka chwil później.
Darzyłem te placówki szczerą nienawiścią prawdopodobnie od chwili poczęcia, a uczucie to było sumiennie potęgowane na przestrzeni lat. Już w momencie przekroczenia progu umieralni - jak to zwykłem pieszczotliwie mawiać - paraliżujący zapach śmierci (znany także pod nazwą środków dezynfekujących) ogarniał ciało nieszczęśnika, a po pięciu minutach błona śluzowa nosa zdawała się wyparować razem ze znikającymi z tego świata bakteriami. Siedziałem jednak wytrwale na jednej z rozpadających się ławek usytuowanych w poczekalni, a gorycz w błyskawicznym tempie rozprzestrzeniała się po całym moim organizmie. Nie byłem do końca pewien, do kogo kierowałem większe pretensje - do Kakashiego, który dał się zlać jak baba chodzącej imitacji ninja z czerwonym hełmem na głowie; do siebie za karkołomną decyzję o powrocie do wioski na prośbę siwowłosego, czy może do Haruno - która przywlokła tutaj rozszalałe stado głodnych informacji shinobi, a sama sprytnie zniknęła w jednej ze szpitalnych sal w towarzystwie Hatake. Złość rosła we mnie proporcjonalnie wraz z każdą spędzoną w tym przytułku dla obłąkanych minutą. Szukałem sposobu na ukojenie zszarganych nerwów, ale z moim szczęściem, które oscylowało w okolicach zera - żaden nich nie był wykonalny. Pole treningowe znajdowało się zbyt daleko, bym mógł oddać się uśmierzającym złość ćwiczeniom. W szpitalnej stołówce nie serwowali pomidorów, mogłem liczyć co najwyżej na pomyje przypominające ryż (nie, żebym był specjalnie wybredny - podczas pobytu na łasce Orochimaru zdarzało się jeść gorsze świństwa, ale jak już wyrwałem się z tego ciemnogrodu, to chyba mogłem liczyć na cywilizowany posiłek, prawda? Karma dla kota nie była ucieleśnieniem moich najskrytszych marzeń); a na podrzynanie gardła każdemu, kto ośmielił się wejść w moją drogę dostałem, krótko mówiąc, dożywotni szlaban.
Może liczenie owiec przyniosłoby mi spokój ducha podczas tej katorgi?
Pierwsza owca - Nara po pięciu minutach bez papierosa wyglądał, jakby właśnie rozpoczynał kurację odwykową.
Druga owca - Yamanaka irytująco kroczyła to w jedną, to w drugą stronę, w międzyczasie mrucząc coś pod nosem do samej siebie.
Trzecia owca - Chōuji pałaszujący kolejnego batonika. Swoją drogą: gdzie on chował to całe żarcie?
Wracając: czwarta owca - Suigetsu trajkotał bezustannie przy samym uchu o sprawach, które obchodziły mnie mniej niż złamany paznokieć. Chciałbym nadmienić, że stan moich paznokci interesował mnie raczej... Mało, żeby nie powiedzieć wcale.
Piąta owca - Karin, która ciągle wlepiała we mnie te swoje maślane ślepia. Co musiało się stać, by jej mały móżdżek w końcu zaakceptował fakt, iż nie jestem zainteresowany jej osobą?
Szósta owca (pozwoliłem sobie zaliczyć Kibę i Akamaru razem, jako że ich układy nerwowe są na poziomie ewolucyjnym gąbek) - zażarcie sprzeczała się z jedną z pielęgniarek, której najwyraźniej nie przypadła do gustu wielka, owłosiona kula na terenie kliniki.
Siódma owca - Sai zawzięcie rysował w swoim notatniku jakieś bohomazy, a dałbym sobie uciąć rękę, że obrazki przedstawiały gołe baby.
Ósma owca - Shino, który był chyba jedyną personą z tej zgrai zdolną do usiedzenia na czterech literach. Mimo, że doceniałem godne naśladowania zachowanie chłopaka, moje zdanie na jego temat pozostawało niezmienne od lat - pedofil albo płatny morderca. Cóż, w kwestii zabijania mógłbym się z nim nawet dogadać.
Dziewiąta owca - Hinata miętoliła własne dłonie położone na kolanach, zerkając co chwilę na Uzumakiego. Właśnie, Uzumakiego. Ta mała, cholerna gnida nie miała najwyraźniej co ze sobą zrobić; cały czas narzekał, że wszystko zajmuje zbyt długo, uciążliwie stukał butami w podłogę, walił ręką w wystarczająco zdemolowaną już ławkę i robił chyba wszystko, by doprowadzić mnie na skraj cierpliwości. Przysięgałem sobie, że gdyby rąk nie związywała mi obietnica złożona kilka lat temu Hatake, to przerobiłbym tego nieznośnego gnojka na suchy wiór.
To potwierdzone. Oficjalnie siedziałem otoczony bandą baranów. W takich chwilach przypominała mi się trafność decyzji odnośnie pracy w pojedynkę - każda osoba budziła we mnie niewyobrażalną chęć mordu. Gdybym tylko mógł, wyciągnąłbym swoją ukochaną, precyzyjnie wyostrzoną katanę i poderżnął gardła tym wszystkim impertynentom...
Moje utopijne rozważania dotyczące śmierci hołoty przerwały skrzypiące drzwi otwierane przez Haruno. Przyznam szczerze, że chyba jeszcze nigdy nie cieszyłem się tak na jej widok. Cóż za miła niespodzianka.
Dziewczyna stojąca w progu zaprosiła ruchem ręki całe zgromadzenie do mikroskopijnego pomieszczenia. Pielęgniarki nie były zadowolone z tak dużej ilości osób wchodzących do sali, ale nie podjęły próby walki z ciskającym piorunami spojrzeniem Shikamaru.
Obraz, który zastałem w pomieszczeniu przerósł moje najśmielsze oczekiwania - Kakashi leżał na łóżku, od kolan wzwyż zakryty jedynie prostym, białym prześcieradłem. Jego zakrwawione spodnie i buty leżały gdzieś w kącie pokoju, a kamizelka, płaszcz i kapelusz wisiały przewieszone przez krzesło. Jak widać pozbycie się dolnej partii ubrań nie było zbyt przyjemnym zadaniem, bowiem spod maski Hatake nadal dało się odczytać lekki grymas bólu. Warto było czekać na taki widoczek - nie, żebym życzył mistrzowi źle, ale uznałem to za dobrą rekompensatę za wycierpiane sprzed chwili katusze. Nie wiem, skąd w mojej głowie wzięły się takie spekulacje, ale... Myśląc czysto hipotetycznie: gdyby przyszło mi wybierać, w której sytuacji wolałbym się postawić - bezkompromisowo wybrałbym poczekalnie - Haruno była bowiem ostatnią osobą, której pozwoliłbym na ściągnięcie swoich ubrań. Nawet, jeśli byłoby to pod czystym względem medycznym... Znaliśmy się przecież od dziecka.
Podczas, gdy każdy szukał swojego osobistego metra kwadratowego, zielonooka przemywała zimną wodą poranione nogi Hatake.
– Jak to wygląda, Sakura-san? – zapytała zmartwiona Hinata.
– Są to rozległe oparzenia, pokrywające niemal piętnaście procent ciała – odparła płynnie dziewczyna. - Na szczęście tylko pierwszego stopnia. – Uśmiechnęła się, widząc niepocieszoną minę siwowłosego. – Normalnym tempem rany goją się około tygodnia, ale znam pewną technikę, która przyśpieszy proces regeneracji. – mówiąc to, zaczęła delikatnie przykładać do stóp i łydek Kakashiego swoje drobne dłonie otoczone żółtą poświatą.
– Sakura-chan, to niesamowite! Kiedy nauczyłaś się tak świetnego jutsu?! –  Naruto wyglądał tak, jakby zaraz miał się wystrzelić w kosmos. Blondyn zacisnął dłonie w pięści, a oczy świeciły niczym 24-karatowe złoto. Szło zrozumieć, że to jakaś wysokopoziomowa technika medyczna, ale czy naprawdę było się czym aż tak zachwycać? Postanowiłem siedzieć cicho, jako że moja znajomość medycyny ograniczała się do przemycia rany wodą i naklejenia plastra. Cóż, wprawdzie było to całkiem uzasadnione - częściej zdarzało mi się zabijać, aniżeli leczyć.
– Jakiś czas po opuszczeniu wioski spędziłam w Sunie, pomagając w tamtejszym szpitalu. Ze względu na panujące warunki, wykorzystywanie tej metody było na porządku dziennym. – dziewczyna uśmiechnęła się blado, tłumacząc jakże zawiłą historię. – Przy dobrych wiatrach powinni wypisać cię pojutrze, sensei. Do tego czasu odpoczywaj i bardzo cię proszę, nie przeciążaj nóg – poradziła życzliwie różowowłosa, a w jej wypowiedzi dało się odczuć nutę profesjonalizmu. – Jestem pewna, że Shizune-san da sobie radę – dodała serdecznie.
– Shizune-san poradzi sobie fenomenalnie – głos szatynki pojawił się wraz z otwieranymi drzwiami do pomieszczenia. – A jeśli dowiem się, że wypisałeś się na własne życzenie, to przysięgam, że dopilnuję osobiście, byś wylądował tu na dłużej. – Wszyscy w pomieszczeniu wzdrygnęli się, słysząc mrożący krew w żyłach ton kobiety. – I może być Szanowny pewien, że obecne obrażenia będą niczym w porównaniu do piekła, które w takim przypadku zgotuję – dodała, a przerażający uśmiech ozdobił chudą twarz.
Ciemnooka zajęła miejsce obok Nary, wymownie opierając się o solidną konstrukcję parapetu. W przeciwieństwie do reszty, chłopak zdawał się nie być zainteresowany całym poruszeniem; nawet na moment nie przerwał zabawy stalową zapalniczką, którą otrzymał od Asumy. Co do Kakashiego - byłem pewien, że podczas wystąpienia Katō przeszedł chwilowy zawał.
– Trochę mi to zajmie, więc możecie już zacząć przedstawienie – mruknęła Haruno. Wszystkie pary oczu zerknęły wymownie na Hatake, oczekując dokładnych wyjaśnień ze strony pacjenta.
– Dobrze, więc... Od czego by tu zacząć... – Kakashi odchrząknął. – Może skupię się na najważniejszych informacjach – powiedział.
– Nie, nie, nie cukiereczku – syknęła jego asystentka. – Wyśpiewasz nam wszystko od samego początku. Skąd w tej kobiecie tyle jadu? Czyżby odziedziczyła tą cechę po Tsunade? Nie, żebym coś do niej nie miał, w zasadzie to zawdzięczałem jej wolność, ale... Ta kobieta zawsze budziła we mnie wzmożoną czujność.
– Dobrze, tak, naturalnie – opowiedział od razu. – Więc... Od kilku tygodni podczas przeglądania raportów z misji natykałem się na niepokojące oznajmienia. Niezależnie od tego, czy była to misja rangi C, czy A; kapitanowie oddziałów umieszczali w niej to samo zdanie – przerwał wymownie.
– Co to za zdanie? – zapytał Kiba, przeczesując dłonią futro Akamaru.
– „Ktoś nas obserwował” – odparł poważnym tonem Hatake. – Zaintrygowało mnie to, więc przeprowadziłem dokładny wywiad z osobami składającymi raporty. – siwowłosy westchnął. – Niewiele się niestety dowiedziałem. Każdy z nich stwierdzał jednogłośnie, że czuli się obserwowani, ale nie byli w stanie wyczuć żadnej chakry wokół siebie.
– Co w tym takiego nietypowego? Równie dobrze mogli coś sobie ubzdurać, zwykła ludzka pomyłka. – wtrącił zażenowany Suigetsu. – Też czasem mam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą – dodał.
– W twoim przypadku wiąże się to z samouwielbieniem i grubiańskim nawykiem zbyt częstego spoglądania w lustro – bąknęła Karin, zdegustowana brakiem pomyślunku swojego kompana.
– Dzisiejszy dzień udowodnił, że te sytuacje mogą być w pewien sposób powiązane – westchnęła cicho Shizune.
– Te sytuacje są powiązane – mruknął Kakashi.
– Skąd ta pewność? – zapytał Shino. Jego głowa schowana szczelnie pod kapturem i oczy zakryte okularami utrudniały prawidłową interpretację intencji chłopaka; ciężko było stwierdzić, czy użyje wybuchowych robaków do detonacji szpitala, czy może wyjmie z rękawa bukiet czerwonych róż. Cóż, poniekąd lubiłem niespodzianki.
Siwowłosy odwrócił wzrok niczym pięciolatek, który zbił cenny wazon i za nic nie chciał się do tego haniebnego czynu przyznać. Nieładnie Hatake, oj nieładnie.
– Skąd. Ta. Pewność – powtórzyła zniecierpliwiona Shizune, wbijając paznokcie w Bogu ducha winien parapet.
– Jakby to... – zaczął niepewnie Kakashi. – Wydaje mi się, że widziałem tego człowieka wcześniej – dodał szybko.
– Jak to? – wtrąciła się zaciekawiona Ino.
– Kilka dni temu siedziałem w nocy nad jakimiś papierami. Usłyszałem szmery dochodzące z archiwum – powiedział Hatake. – Kiedy tam poszedłem, przed oczami mignął mi tylko czarny płaszcz, a w pokoju nie było nikogo. Tylko stos przewertowanych papierów – wyznał zmieszany.
I w tym momencie zaczęło się piekło.
Shizune jak w amoku rzuciła się na siwowłosego, swoimi ruchami przypominając raczej rozwścieczoną niedźwiedzicę, aniżeli drobną chudzinę.
Shikamaru nie wytrzymał ciśnienia i rzucił doniczką o ścianę, po drodze zamieniając głowę Suigetsu w drobną kałużę.
Naruto zdążył jednym tchem zadać milion pytań, których nikt i tak nie był w stanie zrozumieć, podczas gdy Kiba wraz z Choujim starali się przytrzymać wściekłą szatynkę. Kakashi trzymał gardę, jakby obawiając się, że jego podwładni nie będą w stanie zatrzymać rozwścieczonej asystentki. Cała reszta stała wmurowana, doglądając działań swoich towarzyszy. Zamęt ten został jednak przerwany szybciej, niż mógłbym się tego spodziewać. Szkoda, bo zapowiadało się ciekawie.
– Cisza! – Haruno oderwała się od leczenia poparzeń Kakashiego na rzecz przemienienia szafki stojącej obok łóżka w drewniany stos. – Czy moglibyście darować sobie te krzyki? Ta technika wymaga dużej koncentracji i precyzyjnej kontroli chakry. Przez ten cyrk nie jestem w stanie odpowiednio się skupić – wycedziła przez zęby. Widząc niebezpiecznie pulsującą żyłkę na czole dziewczyny, każdy zdecydował sobie odpuścić. Haruno, widząc poprawę ze strony poskromionych towarzyszy wróciła do wykonywania poprzedniej czynności.
– Rozumiem, że możecie być zdenerwowani obecną sytuacją, ale jedynym logicznym wyjściem jest zachowanie zimnej krwi i przetrawienia informacji, które ma nam do przekazania Kakashi-sensei – Haruno broniła swojego mistrza przed niebezpiecznie wystającym senbon z rękawa Shizune.
O proszę, czyżby Sakura nauczyła się w końcu trzymać swoje emocje na wodzy? Cóż za miła niespodzianka. Nie sądziłem, że dożyję tego widoku.
– Jest jeszcze coś – powiedział cichym głosem Hatake. – Ten shinobi... Miał opaskę naszej Wioski – powiedział, zaciskając pięść.
Co?

***

Wiedziałam. Wiedziałam, że widok opaski, którą ujrzałam, spadając z budynku, nie był efektem halucynacji ani wzmożonym działaniem adrenaliny. Błysk metalu z wyrytym znakiem Konohy został odkryty, gdy spadałam ze szczytu siedziby Hokage. Wyraźnie pamiętałam sylwetkę przeciwnika szykującego się do ucieczki i odchylający się na ułamek sekundy płaszcz, pod którym na wysokości pasa przymocowana była czarna wstęga.
– Powiedział, że nazywa się Minoru. Nie znam żadnej osoby mieszkającej ani pochodzącej z wioski o takim imieniu – wyznał zdawkowo siwowłosy.
– Wygląda na to, że ktoś stara się, abyśmy popadli w paranoję. Jego celem jest wprawienie nas w błędne przekonanie, że Minoru dokonał zamachu stanu? – zapytała sama siebie Shizune. Cóż, było zagranie raczej mało trafione. – Czy wróg naprawdę miał nadzieję, że Kakashi nie dowie się o sfalsyfikowanej opasce oznajmującej przynależność do wioski? Werdykt nasuwał się sam - ale czy było możliwym, by inna wioska... Nie, nie, nie. Trwa pokój, Sojusz Shinobi jest utrzymany. Nic takiego nie miało prawa się kiedykolwiek stać. Dałabym sobie uciąć głowę, że nikt nie zerwałby paktu, to już nawet mniej niż niemożliwe.
– Nie mam pojęcia, kto i jakimi intencjami się kierował – powiedział zmarnowany Hatake. – Ale na pewno kryje się za tym drugie dno. Wcześniej dokonywał oględzin wioski i jej terenu, przeszukał archiwum, chociaż nic nie zginęło. Definitywnie zbierał informacje. Dopiero dziś zaatakował i to w tak ważnym dniu, w samym centrum wioski. Wiedział, że ma przewagę. Wiedział, że liczba patroli jest ograniczona. Wiedział gdzie uderzyć. To jakaś chora gra, której za nic nie mogę pojąć – dodał sfrustrowany.
A może zostałabym bez głowy? Wolałabym jednak ją zachować, czasem mi się przydawała.
– Bardziej od motywów interesują mnie zdolności tego człowieka. Jedyną osobą, która była w stanie opanować styl drewna był Pierwszy Hokage – dodała Ino.
– Podczas poprzedniej wojny co druga osoba była w stanie używać Mokutonu – powiedział Suigetsu. – Madara, Obito, Zetsu... – zaczął wymieniać na palcach. – Rany, jak wy pilnujecie ciała Pierwszego, że każdy wszczepia sobie jego komórki? – narzekał.
– Suigetsu... – Karin syknęła, formując swoją dłoń w pięść.
– Choć rzadko się z nim zgadzam, tym razem trzeba przyznać mu rację, Karin – odparł sceptycznie Sasuke. – Orochimaru w jednej ze swoich kryjówek posiadał tkanki Hashiramy, ale z całej grupy dzieci, które porwał do swoich eksperymentów przetrwał tylko Yamato – dodał. – Ktoś najwyraźniej ma lepsze warunki niż wężowaty. I dobrze wie, jak je wykorzystać.
– Czy to znaczy, że nasz gość jest kolejnym eksperymentem wyhodowanym z probówki? – zapytał Sai.
– Na to wygląda. Poza tym jego szybkość była zatrważająca.
– Wyglądało to bardziej jak teleportacja, aniżeli szybkość. W jednym momencie znikał, pojawiając się w miejscu oddalonym o kilka metrów w ułamku sekundy.
– Jego technika przypomina nieco umiejętność Sasuke – powiedział w zamyśle Naruto. – Tylko na znacznie wyższym poziomie – dodał chłopak. Oczy wszystkich skierowały się na Uchihę. Ten westchnął, przeczesując włosy dłonią.
– Moja technika jest na bardzo ograniczonym stadium. Opanowałem ją po uzyskaniu chakry od Mędrca Sześciu Ścieżek, a kiedy ta zniknęła, cholernie trudno było wygenerować tak liczne ilości chakry, odpowiednio je utrzymując. Obciążenie jest zbyt duże, co sprowadza się do tego, że jutsu jest nieprzydatne w walce. Mogę go używać raz, góra dwa razy dziennie. Poza tym odległość, którą mogę pokonać nie przekracza kilku metrów, podczas gdy on używał jej niemal cały czas na różnych dystansach – powiedział ni to zdenerwowany, ni zażenowany. Czyżby kogoś trapiła złość na samą myśl, że technika którą posiadł nie jest tak unikatowa, jak mogłaby się wydawać?
– Jest w nim jeszcze jedna niepokojąca rzecz – mruknął nieswojo Kakashi. – W jednej chwili powalił cały oddział ANBU. Gdy dotknął moich kostek, poczułem się, jakby ulatywała ze mnie energia.
– Kradnie chakrę? – napomknęła Shizune.
– Na to wygląda. Chociaż przypuszczam, że w przypadku ANBU nałożył krótkoterminową pieczęć na punkty witalne – powiedziałam. – To diabelnie trudna do wykonania technika blokująca przepływ energii. Poza krótkotrwałym paraliżem wszystko wraca do normy – odparłam. Czyżby koleją mocną stroną Minoru była zdolność pieczętowania?
– Jego taijutsu też było na dobrym poziomie – powiedział Chouji. – Walczył z wami jak równy z równym – dodał, zwracając się do Hatake i jego podwładnych.
– Jego siła pozostawia wiele do rzeczenia. Podobnie jak Raikage, do wzmocnienia uderzenia użył swojej szybkości, a mimo to nie naruszył żadnych struktur – powiedziałam.
– Jesteś pewna, że nie zrobił tego celowo? – spytał Shikamaru. – Nie on pierwszy podniósł broń. Gdy zbliżył się do Hokage, ANBU zareagowało i ruszyło na niego. Od nie zaczął tej walki, on sprowokował was do jej podjęcia – mruknął, w międzyczasie bawiąc się zapalniczką. – Poza tym nikt nie ucierpiał. Hokage sam wysadził sobie nogi w powietrze – dodał, patrząc na Kakashiego.
– To nie była dla niego walka, tylko dziecinna zabawa – powiedział Hatake, puszczając uwagę Nary mimo uszu. – Jego celem było ostrzeżenie wioski i sianie zamętu. Uderzył w idealnym miejscu w odpowiednim czasie, by obniżyć morale społeczeństwa i sprawić, by cywile nie czuli się bezpieczni – dodał zmarnowany. – Gdybym zareagował wcześniej i wszystko wam powiedział, może nie doszłoby do tej tragedii – westchnął.
- Nie czas teraz na użalanie się, Kakashi. Zostawmy to na potem, teraz nadszedł czas na działanie. Jaki jest plan? – zapytała Shizune.
– Sądzę, że najrozsądniejszym będzie, by drużyna Himitsu udała się w tej chwili na zwiady – odpowiedział Hatake. – Przeszukajcie cały teren wioski i upewnijcie się, że że po zbiegłym ninja nie ma śladu. Priorytetem jest teraz bezpieczeństwo mieszkańców – dorzucił. – Kiedy skończycie, zdajcie raport Shizune. Wygląda na to, że zafundowałem sobie małe wakacje – westchnął, patrząc na moją, nieugięta w tej kwestii minę. – ANBU ruszyło już w pościg i przypuszczam, że powinni niedługo wrócić. Shizune, wyślij dziś proszę jastrzębia do wszystkich Kage, powinni wiedzieć o tym, co się wydarzyło.
– Niech tak będzie – powiedział Nara, odchodząc od okna. – Idziemy – skierował swą wypowiedź do drużyny. Jego skupienie i determinacja prawie odwracały uwagę od tytoniu, którego zapach raził na kilometry.

W pomieszczeniu został tylko Hatake wraz ze swoimi uczniami. Uzumaki obrał sobie za cel chwiejne krzesło, Sasuke stał z boku ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej ramionami, a ja nadal używałam swojej techniki do odratowania nóg mistrza. Cisza była przytłaczająca.
– Cieszę się, że nie zignorowaliście moich listów – zaczął Hatake. – Powodem mojego wezwania były przypuszczenia, którymi chciałem się z wami podzielić. Jak widać, wszystko wyszło dopiero po fakcie.
– Shizune-san nie da ci żyć, senseeei – mruknął Naruto, przeciągając mozolnie ostatni wyraz. – A Shikamaru wyglądał, jakby miał ochotę popełnić harakiri.
– Prędzej, niż cokolwiek innego, zabije go rak – powiedział zmęczony całą sytuacją Sasuke.
– Shizune-san jest rozsądną kobietą. Martwi się o ciebie i o wioskę, sensei – powiedziałam.  – Jej złość minie – dodałam, uśmiechając się z lekka. Zbyt dobrze znałam Katō, żeby przypuszczać, że stanie się inaczej. Motyw jej zachowań był prosty, niemal cykliczny. Właśnie dlatego jej znajomość ograniczała się do towarzystwa Tsunade i mnie, gdy akurat napatoczyłam się gdzieś obok. Im więcej osób zna jej „słabość”, tym łatwiejszym celem się staje. Najwyraźniej, mimo utrzymania pokoju, szatynka postanowiła zachować swoją strategię.
– Oby tak było – westchnął Kakashi – Oby twoje słowa znalazły miejsce w rzeczywistości.
– Wzywanie mnie do wioski było błędem, Kakashi – mruknął nagle Sasuke. – Wiesz, że nie powinienem tu wracać.
W pokoju zapanowała cisza. Tik, tak, tik, tak - wskazówki zegara działały płynnie, doprowadzając mnie do szału. Skąd w nim nagle takie wyznanie?
– Wiem – odparł Kakashi, wprawiając mnie w osłupienie. Naruto jakby ucichł, patrząc w dłonie położone na oparciu krzesła jak na największe wybawienie z obecnej sytuacji. Czy tylko ja nie wiedziałam o co chodzi? Może ktoś byłby łaskawy mnie wtajemniczyć?
– W każdym razie – odchrząknął Kakashi, nieudolnie próbując zamknąć temat. Niestety, konsternacja była tak prawdziwa, jak jego poparzenia. - Co zamierzacie teraz zrobić?
– Chyba pójdę do staruszka na ramen. To za dużo emocji, nawet jak na mnie – pierwszy odezwał się Naruto. – Sakura-chan, może do mnie dołączysz? – zapytał z nadzieją.
– Przykro mi, Naruto, ale mam do załatwienia pewną sprawę. – Uśmiechnęłam się blado.
– Sasuke? – blondyn spojrzał na kompana.
– Ja też odpadam – powiedział. – Muszę się upewnić, że Suigetsu nie zdążył zdewastować mojego domu.
Blondyn uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi.
– No, skończyłam. Powiem pielęgniarkom, jakie leki powinny Ci dawać, sensei. Wpadnę jutro, żeby zobaczyć jak się trzymasz. Życzę zdrowia. – Obdarzyłam uśmiechem mistrza. Miałam szczerą nadzieję, że nie wpadnie na genialny pomysł wzięcia udziału w maratonie, przynajmniej do jutrzejszego poranka. Technika była przydatna, ale nie polegała na wymianie zranionej kończyny, tylko częściowej niwelacji poparzeń - oby miał tego świadomość, o ile chce szybko stanąć na nogi.
– Do zobaczenia – mruknął jedynie w odpowiedzi.
Opuściliśmy salę.
Czy tylko mi wydawało się, że atmosfera była... Ciężka, sztuczna, wymuszona? Każdy był skupiony na własnych myślach, nikt nie zwracał uwagi na inne osoby. Spotkanie naszej drużyny po latach odbyło się w okolicznościach... Co najmniej, mówiąc delikatnie, niesprzyjających. Nie tak wyobrażałam sobie ponowne zetknięcie naszych ścieżek.
Chociaż, mówiąc szczerze, nie wiem, czy podczas ostatnich lat w ogóle dopuszczałam do siebie myśl, że takowe kiedykolwiek nadejdzie.
A jednak.
Życie: 1, Haruno: 0.

sobota, 15 kwietnia 2017

2.

„Jeżeli nie spełnisz pokładanych w tobie nadziei, jak będziesz mógł z godnością spojrzeć w lustro?”
Siedziała na drewnianym ganku jednej z przydrożnych knajp, delektując się wyśmienitym smakiem zamówionego posiłku. Słońce okalało jej twarz, a rozkoszny podmuch wiatru muskał co chwilę sięgające niemal do pasa włosy, wprawiając je w beztroski taniec. Zapach trawy zmieszany z wonią przyrządzonego jedzenia unosił się w powietrzu, kusząc podróżnych wstąpieniem do okolicznej gospody.
W prawej dłoni trzymała kubek ze stygnącą już herbatą, popijając co chwilę aromatyczny napój. Obok niej swobodnie leżał papierowy talerzyk, na którym znajdowały się trzy nabite na długą wykałaczkę kolorowe kulki: różowa, biała i zielona. Kolor klusek odpowiadał materiałom, których użyto do zabarwienia ich; czerwonej fasoli, jajka oraz zielonej herbaty, która zazwyczaj była podawana w formie płynnej do tej potrawy – tak było i tym razem.
Machała naprzemiennie swoimi szczupłymi nogami, które z powodu wysokości podestu nie sięgały ziemi. Pogoda dopisywała, choć niebo od samego rana przykryte było szczelną warstwą szarawych chmur, co wzbudziło w niej niepokój. Temperatura oscylowała na granicy umiarkowania, jednak wskazanym było odzianie się w okrycie wierzchnie, którym w przypadku rozweselonej kunoichi był beżowy płaszcz sięgający za kolana. Mimo dobrego nastroju, złe przeczucia nie odstępowały jej na krok począwszy od momentu opuszczenia Kraju Wody.
Od chwili wyruszenia z Wioski Mgły różowowłosa wędrowała wytrwale na północny-zachód w stronę Kraju Ognia. Jej podróż nie była spowodowana własną inicjatywą, lecz wynikiem sytuacji zaistniałej na kilka dni wstecz...


Nowy dzień w Kirigakure przywitał promienny wschód słońca, okrywający powoli powierzchnię wioski nikłymi wiązkami światła przebijającymi się zza chmur. Jego drobne krzty towarzyszące kojącemu powiewowi przenikały przez sporych rozmiarów okna, pełniących również funkcję drzwi balkonowych w mieszkaniu Haruno. W środku skromnie urządzonego salonu siedziała właśnie ona, chłonąc mozolnym wzrokiem kolejne strony jednej z wielu posiadanych przez dziewczynę ksiąg medycznych. Czynności tej towarzyszyło powolne upijanie kolejnych dawek pobudzającego naparu z ziół przez różowowłosą. Odziana była w ciemnoniebieską spódnicę sięgającą przed kolano i czerwoną bluzkę bez rękawów, której kołnierz ochraniał szyję kunoichi. Przewieszony przez krzesło szpitalny kitel i stojące obok buty świadczyły o nadchodzącym opuszczeniu apartamentu przez jego posiadaczkę.
Z codziennej rutyny wyrwało ją pukanie. Nie było to bynajmniej pukanie do drzwi, lecz lekkie uderzenia skierowane w powierzchnię okna. Przez szkło dostrzegła stojącego na balkonie członka ANBU, a zniecierpliwiony wzrok chłopaka przebijał się przez noszoną przez niego maskę ptaka. Nie chcąc marnować czasu swojego gościa, rychłym krokiem podeszła do drzwi i odsunęła je zamaszyście jednym ruchem.
         – Haruno Sakura? – upewnił się beznamiętnym tonem.
Odpowiedziała skinięciem głowy. Dziewczyna spodziewała się powiadomienia o naciągającej misji lub konieczności stawienia się w gabinecie tamtejszej Kage, bowiem wizyty ANBU nie były nigdy zwiastunem miłej pogawędki przy kawie i ciastkach.
Z letargu wyrwał ją szelest wywołany przez mężczyznę; grzebał on przez chwilę w wewnętrznej kieszeni kamizelki, po czym wręczył dziewczynie kunsztowny list, na wierzchu którego widniał znak Konohagakure.
Nie było w tym nic nadzwyczajnego, w końcu utrzymywała stały kontakt ze swoimi bliskimi; nietypowym był jednak wysoki priorytet nadanej przesyłki oraz fakt, że została ona napisana przez samego Hokage. Pieczęć na kopercie mogła zostać zlikwidowana tylko przez nią, co uczyniła będąc jeszcze w obecności chłopaka. Przeleciała wzrokiem po treści zawiadomienia; jej brwi wymownie się zmarszczyły, a usta zacisnęła w wąską linię.
Wiadomość była niespójna, napisana chaotycznie, jakby komponowana w biegu. Nie było to niczym specjalnym, w końcu rola pełniona przez Hatake wymagała od niego poświęcenia dużej ilości czasu, czego Sakura była w pełni świadoma. Intrygujący był natomiast tekst, w którym Kakashi zwracał się do zielonookiej z prośbą o natychmiastowy powrót do wioski bez podania konkretnego powodu.
         - Przekaż proszę w szpitalu, że będę nieobecna przez jakiś czas. Niech Doktor Natsumi zajmie się pacjentami aż do mojego powrotu.
         – Zrozumiano – powiedział mężczyzna, nim zniknął bezgłośnie w kłębach dymu. Haruno westchnęła, po czym podeszła do barierki, bosymi stopami stąpając po zimnych balkonowych płytkach. List trzymany w jej dłoni powiewał swawolnie na wietrze, wyginając swą powierzchnie na wszystkie strony. Wzrokiem objęła cały możliwy do uchwycenia obszar, który przedstawiał liczne budynki, niemal w całości zatopione we mgle.
         – Wracamy do domu, co?… – szepnęła do samej siebie.


W podróży była już od kilku dni, nie napotykając większych przeszkód. Wręcz przeciwnie - wszystko szło dokładnie po jej myśli. Dzięki błyskawicznemu tempu, jakie sobie narzuciła, istniała spora szansa, że zielonooka zdąży pojawić się w wiosce koło południa; przy drobnym szczęściu może udałoby się jej załapać na przemowę Hatake.
Trasa między Kiri a Konohą wynosiła w przybliżeniu pięć dni drogi. Trzeba zaznaczyć, że jest to wartość szacowana „na oko”; możliwie najszybszy wariant z możliwych. Nigdy nie wiadomo, ile zajmie znalezienie łajby, która płynęłaby akurat w obranym przez wędrowca kierunku. Warto też dodać, że ludzie organizujący takie wyprawy, byli nad wyraz przezorni; niechętnie więc przyjmowali w swoje szeregi dodatkowe osoby, a szczególnie, gdy byli to podróżujący shinobi. Jak jednak widać, kunoichi nie miała z tym najmniejszego problemu; po trzech dniach od opuszczenia Kirigakure dotarła do Kraju Fal, gdzie postanowiła zatrzymać się u starych znajomych – Tazuny i jego rodziny. Ludzie przyjęli ją bardzo ciepło – ostatni raz widzieli się bowiem, gdy mężczyzna wraz z wnukiem przybyli pomagać odbudować Wioskę Liścia po tragicznym ataku Akatsuki. Mimo, że w Nami no Kuni spędziła zaledwie jedną noc, wspomnienia zawładnęły całym jej sercem. Wieczorna kolacja składała się z wybornego jedzenia przyrządzonego przez córkę eksperta od budowy mostów – Tsunami, oraz miliona pytań zadawanych przez najmłodszego członka posiedzenia, Inariego. Zielonooka musiała przyznać, że chłopak wyrósł na wspaniałego, młodego mężczyznę, zaś Tazuna nie zmienił się prawie wcale – jedyną zauważalną różnicą była większa ilość siwych włosów i pojawiające się gdzieniegdzie zmarszczki. Co się dziwić, mężczyzna miał już niemal siedemdziesiąt lat! Trzeba mu było oddać honor, że jak na swój wiek (mimo nadal praktykującej miłości do alkoholu) staruszek trzymał się fenomenalnie. Przechadzając się między uliczkami osady, serce dziewczyny wypełniało ciepło. Za sprawą mostu zbudowanego niemal dziesięć lat temu, miastu udało się nawiązać z Krajem Ognia, który wspomógł swoimi dobrami upadającą metropolię. Półki sklepowe były po brzegi wypełnione świeżym jedzeniem, a od mieszkańców na kilometr biło życzliwością. Obraz ten był kompletnym przeciwieństwem biedy i degeneracji, którą przyszło obserwować Sakurze podczas swojego poprzedniego pobytu w mieścinie. Przedstawiony krajobraz utwierdził różówowłosą w przekonaniu, że jej niebieskooki przyjaciel potrafił łączyć ludzkie serca; a był to dar, którego mogła mu jedynie w głębi duszy pozazdrościć.
         Rodzina była na tyle uprzejma, by bladym świtem odprowadzić Haruno do mostu łączącego Kraj Fal z Krajem Ognia, konstrukcji noszącej nazwę: „Most Wielkiego Naruto”. Od momentu wstąpienia na wiadukt, jej podróż została wznowiona. Dziewczyna miała do pokonania jeszcze niemały kawałek , ale doszła do wniosku, że nie zaszkodzi zrobić sobie małego postoju na regenerację sił po wyczerpującym, kilkugodzinnym biegu; oraz pierwszy w tym dniu posiłek.
         Coś się wydarzy, jestem tego pewna – kolejna pesymistyczna myśl ostatnich dni przeszła przez jej umysł. Westchnęła cicho, zjadając ostatnią kulkę nabitą na drewnianą szpadkę i popiła danie końcówką zimnej już herbaty. Wstała, pieniądze za posiłek zostawiła na papierowym spodku i bez słowa ruszyła w dalszą drogę. ***
         – Naruto, skarbie, na pewno nie jesteś głodny? – zapytała pieszczotliwie przedstawicielka płazów. – Może skusisz się przed wyjściem na porcję robaków w sosie własnym? Zupa z larw jest już gotowa! – żabia mama z pasją wymieniała kolejne wytrawne potrawy, które przeciętnego człowieka przyprawiłyby o strajk żołądka.
          – Dziękuję ciociu, ale jestem pewien, że pulpety z chrząszczy i pajęcze nóżki dadzą mi energię na cały tydzień! – odpowiedział radośnie blondyn, szeroko uśmiechając się do ropuchy.
          – Shima, na Wielkiego Ropuszego Mędrca, daj temu chłopcu święty spokój! – wtrącił zażenowany troską żony Fukusaku.
          – Zamilcz, stary pierniku. Martwię się o niego! – powiedziała podniesionym głosem Matka Ropuszej Drogi – Musi mieć siłę, by dalej trenować! Dobrze wiesz jakim paskudztwem jest karmiony w tej zapyziałej wiosce! – krzyk obrzydzenia wyrwał się z gardła żaby, jakby wizja ludzkiego jedzenia wywoływała u niej chęć popełnienia samobójstwa – Nie zapomnij, że jesteś tu zawsze mile widziany kochanie, odwiedź nas niedługo – zwróciła się życzliwie do Uzumakiego.
         – Na pewno wpadnę jak tylko będę mógł, ciociu – powiedział blondyn, drapiąc się zakłopotany w tył głowy. – Mam do załatwienia kilka spraw Liściu, a potem mam zamiar odwiedzić Bee. Dawno się nie widzieliśmy, muszę mu pokazać moją nową technikę! – krzyknął entuzjastycznie chłopak.
         – Dobrze, dobrze. Uważaj na siebie. I pozdrów od nas tę śliczną dziewczynę, Hinatę – powiedziała na koniec Shima. – Na pewno pokochałaby mój przecier z much – dodała, rozmarzona wizją tamtejszego przysmaku.
         – Kobieto, dajże mu już iść, zaraz wybije dwunasta! Spóźni się na ceremonię! – fuknął rozjuszony Fukusaku. – Poza tym jesteśmy umówieni na obiad u Gamakichiego, zapomniałaś? – Mędrzec nie ukrywał swojej niecierpliwości.
         – Myślisz tylko o swoim żołądku! A jeśli coś mu się stanie? - wypomniała mu zbulwersowana żona.
„Pożrę te żaby, jeśli natychmiast nie zamkną jadaczek.” – podczas, gdy kłótnia między małżonkami zdawała się przybierać na sile, w głowie Naruto zabrzmiał zirytowany głos Dziewięcioogoniastego:
„Musisz to znieść, Kurama. Zaraz wyruszamy.” – Odparł bezgłośnie blondyn.
„Znoszę to od prawie od kwartału, a to o 4 miesiące za dużo.” – warknął rozwścieczony lis.
„Przetrwasz jeszcze chwilę albo nigdy więcej nie pozwolę Ci łowić na obrzeżach wioski" – groźba Naruto została przez demona skwitowana krótkim, pełnym pogardy prychnięciem.
         Nie dało się ukryć, że demon uwielbiał być puszczany wolno, by biegać swobodnie po konohańskich lasach (po tylu latach życia w niewoli nie było to wprawdzie niczym nadzwyczajnym), ale nigdy otwarcie by się do tego upodobania nie przyznał. Jego ulubionym zajęciem w wolnym czasie było rybołówstwo; chociaż w przypadku Kuramy było to pojęcie dość względne. Termin „połów” w wykonaniu zwierzaka polegał na wsadzeniu łba do zbiornika wodnego po samą szyję, by następnie wyciągnąć z niego całą ławicę i pożreć stado ryb na surowo.
         Zdegustowane wizją siedzenia w klatce zwierzę zdecydowało się wrócić do przerwanego krzykami ropuch snu.
         – Na pewno przekażę wiadomość. Dziękuję za gościnę, trzymajcie się! – powiedział uradowany Naruto i nie zwracając na latające po pomieszczeniu chochle i naczynia, zabrał swój ekwipunek, po czym opuścił dom Mędrców.
„Histeryczka zginie pierwsza...” – mruknął nabzdyczony Dziewięcioogoniasty, nim zmorzył go zbawienny sen.
Naruto nie przejął się słowami swojego towarzysza. Zarzucił torbę na plecy, po czym ruszył w drogę powrotną do Konohy.
         Zmienił się na przestrzeni tych kilku lat - jego aparycja dawała mu wrażenie potężnego. Urósł nieznacznie, przybrał również na masie mięśniowej, a twarz nabrała poważniejszych rys. Kolczaste blond włosy chłopaka odstawały w każdym z możliwych kierunków, a z jego niebieskich oczu biła jak zawsze niepohamowana radość, tym razem spowodowana nadchodzącym powrotem w rodzinne strony. Ubrany był w swój standardowy strój: klatka piersiowa zakryta była czarną koszulką i pomarańczową bluzą zdobioną znakiem klanu Uzumaki na ramionach i plecach; nogi okrywały czarne spodnie, w okolicach uda obwiązane białym bandażem, do którego przytwierdzona była kabura z bronią. Jego stopy chroniły zwykłe, czarne buty, a czoło zasłaniała opaska informująca o przynależności do Wioski Ukrytej w Liściach. Strój dopełniał krwistoczerwony płaszcz, na końcach zwieńczony kruczymi płomieniami, zaś przez bark przerzucony miał pokaźnych rozmiarów zwój należący niegdyś do jego mistrza.
          – Konoho, nadchodzę! - radosny krzyk Uzumakiego rozproszył się po całym terenie Góry Myōboku, zostawiając za sobą ciągnące się w nieskończoność echo.
***
Przez ostatnie kilka godzin biegła wytrwale w stronę rodzinnej wioski. Dochodziło południe, kiedy zaczynała widzieć zarysy murów Konohy. W ciągu trzech lat, odkąd Haruno definitywnie nie stawiała swych stóp w starych stronach, musiała przyznać, że miejsce to nie zmieniło się ani trochę. Najbardziej doceniała panujący klimat - jesień była jesienią, a opadające z drzew kolorowe liście urozmaicały okoliczny krajobraz. W Kiri każda pora roku była niemal taka sama; przez gęstą mgłę okrywającą szczelnie swym chłodem całą metropolię i słońcem skrytym za zwartą warstwa chmur, nie dało się odczuć znaczącej różnicy.
         Ceremonia miała rozpocząć się lada chwila, więc przyśpieszyła nieznacznie. Wielkimi krokami zbliżała się godzina dwunasta, ale udało jej się dotrzeć w porę; na kilka minut przed wyznaczonym czasem minęła mury wioski.
         Po przekroczeniu bram jej wzrok padł na Izumo i Kotetsu, siedzących w rozpadającej się budzie, która zapewne pamiętała czasy panowania Pierwszego Hokage. Chūnini jak zawsze ogarnięci byli niewyobrażalną nudą - nic w tym dziwnego, co mogło być bowiem pasjonującego w przesiadywaniu całymi dniami na obrzeżach wioski? Swoją bezczynność urozmaicali wymyślnymi grami; na przykład teraz, na stole między dokumentami widniały porozrzucane karty, a ich kilka sztuk znajdowało się w dłoniach strażników wrót Konohy. Pomachała im na przywitanie, na co mężczyźni odpowiedzieli tym samym.
          „Dawno mnie tu nie było” – uświadomiła sobie jakże oczywisty fakt. Było to niestety prawdą; w dwa lata po rozpoczęciu wojny, mimo wielu podróży, zawsze udawało się jej wstąpić w rodzinne strony. Jednak uległo to zmianie prawie na trzy lata wstecz - kiedy definitywnie zakończyła swą wędrówkę i zamieszkała w Wiosce Mgły, a brak czasu nie pozwalał na podróże w tak odległe rejony jak Liść.
Bez skrupułów wskoczyła na pobliskie dachy i zaczęła się kierować w stronę budynku Hokage - to właśnie tam miał odbyć się coroczny apel, tam zbierała się cała ludność zamieszkująca Konohę; jej rodzina, jej przyjaciele, jej bliscy. Tam był również Kakashi, który był jej winien od groma wyjaśnień.
         Dotarła na miejsce na moment przed rozpoczęciem uroczystości. Zdecydowała się nie opuszczać swojego obecnego położenia - schodząc na dół zbyt odróżniałaby się w stosunku do reszty mieszkańców, którzy w tym dniu powinni być ubrani na czarno. Co prawda był to dzień celebrujący wygranie sojuszu, ale również śmierci poległych w walce, co należało w poprawny sposób uszanować. Spojrzała na tłum, widząc w nim wiele znajomych twarzy - jej towarzysze z Akademii stali dumnie w pierwszych szeregach licznej grupy zgromadzonej w centrum Konohy. Gdzieś między ludźmi mignęła jej blond czupryna - jej przyjaciel w jaskrawoczerwonym płaszczu zajmował miejsce tuż obok Hinaty, a co zaskoczyło Sakurę - ich dłonie były splecione.
         „Czyżby coś mnie ominęło?” – na twarz różowowłosej wkradł się promienny uśmiech. Uzumaki najwyraźniej wyczuł jej chakrę, bo odwrócił głowę w kierunku dachu, na którym stała dziewczyna. Skinięcie głowy uznali jako nieme przywitanie, po czym skierowali wzrok na dawnego nauczyciela, wyniośle kroczącego tarasem budynku administracyjnego.
***
Maszerował wolnym krokiem w stronę barierek zbudowanych na krawędzi budynku. Zatrzymawszy się, oparł dłonie na solidnej, metalowej poręczy. Był ubrany jak co dnia; ciemne, standardowe buty i tego samego koloru spodnie, do których na wysokości uda przyczepiona była kabura z bronią. Czarna bluza z długimi rękawami oraz ciemnozielona kamizelka ze znakami Kraju Wiru chroniły jego klatkę piersiową. Na czole dumnie spoczywała opaska Wioski Ukrytej w Liściach, a maska, w przeciwieństwie do dawnych lat, odsłaniała oczy Hatake. Dłonie okryte były kruczymi rękawiczkami bez palców, na wierzchu których przytwierdzone były metalowe blaszki. Jedynymi nowościami był biały, postrzępiony płaszcz z czerwonymi wstawkami i kapelusz ze znakiem Kraju Ognia, informujący o funkcji pełnionej przez Kakashiego.
         Omiótł wzrokiem zebranych mieszkańców odzianych w odświętne stroje. Zobaczył też dwójkę jego uczniów, bacznie przypatrujących się jego sylwetce. Uśmiechnął się do nich, co odwzajemnili tym samym. Dochodziło południe, co było równoznaczne z zaczęciem ceremonii. Zebrał myśli, które miał do przekazania obywatelom w tym ważnym dniu, po czym zaczął wypowiadać je na głos:
          – Dziś mija równo pięć lat od momentu zakończenia wojny. Jako następców woli Ognia, która płonie w każdym z nas, powinien to nam być szczególnie ważny dzień – zawiesił głos. – zwycięstwo Zjednoczonych Sił Shinobi nad wrogiem było, jest i będzie znacznym powodem do dumy, a Konohagakure w znacznym stopniu przyczyniła się do tego triumfu. Nasi kompani, którzy poświęcili własne życia i walczyli do końca swych sił przysłużyli się do wygrania tej wojny. Może wam się wydawać, ze zostaliście sami - ale prawda jest taka, że mieszkańcy Wioski Ukrytej w Liściach to jedna wielka rodzina, którą zamierzam chronić ponad wszystko! Tak jak wasi krewni i przyjaciele chronili ją za cenę własnych żyć i walczyli o waszą wolność! Pamiętajcie - to nie czas leczy rany, ale nasze decyzje dotyczące tego, jak go wykorzystamy. Dlatego w dzisiejszym dniu płaczcie, wspominajcie, uczcijcie pamięć o waszych swojakach, a od następnego dnia żyjcie tak, by wasi bliscy spoglądający z niebios byli z was dumni! Wśród wielu shinobi, którzy odeszli z tego świata podczas wojny znajduje się też moja poprzedniczka, Piąta Hokage, Tsunade Senju. Poświęćmy więc jej oraz innym poległym zasłużoną minutę ciszy! – po słowach wypowiedzianych przez Hatake, tłum zamilkł. Każdy z obecnych zatracił się we własnych myślach. W sercach mieszkańców zostały zaszczepione ziarna nadziei, które odpowiednio pielęgnowane mogły przemienić się w piękne kwiaty. Po twarzach wielu osób spływały łzy, ale towarzyszyły one ciepłym, szczerym uśmiechom. Oczy mieszkańców przepełnione były wiarą w lepsze jutro, przekonaniem, że właśnie za taka przyszłość walczyli niegdyś ich bliscy. Za przyszłość bez walk, za pokój, za wolność.
         – Piękna przemowa jak na człowieka, który jest określany mianem kompanobójcy – wyniosłą chwilę przerwał donośny głos zakapturzonej postaci, która pojawiła się na barierce zaledwie kilka metrów od siwowłosego. Jej obecność wzbudziła niemałą sensację wśród obywateli. Znikąd koło Hokage pojawiła się elitarna grupa ANBU, wrogo nastawiona do przybyłego gościa.
         – Kim jesteś i jaki jest twój cel? – pytanie o mrożącym krew w żyłach tonie zostało zadane przez jednego z wykwalifikowanych shinobi, w którym można było rozpoznać Yamato.
         – Moje imię Minoru, a moje słowa niosą prawdę. Przekazuję wam wiadomość, Wiosko Ukryta w Liściach: strzeżcie się tego, co niebawem nadejdzie. Porzućcie nadzieję i poddajcie się bez walki, jeśli miłe wam zachowanie życia – odpowiedział beznamiętnie ninja, ściągając kaptur.
          – Poddać się bez walki? – prychnął pod nosem Kakashi.
***
Pojawienie się nieproszonego delikwenta było zwieńczeniem jej największych obaw. Wszczęto zamęt, a nadzieja bijąca od mieszkańców zaledwie kilka chwil wcześniej jakby wyparowała; jej miejsce zastąpił paniczny strach. Zdezorientowane tęczówki obywateli były zwrócone na stojący w ścisku oddział ANBU, który szczelnie ochraniał Hokage. Nie była w stanie usłyszeć rozmowy, która toczyła się między nimi. Jedyne co mogła zrobić to bacznie obserwować przybysza - tak, jak niegdyś uczyła ją tego mentorka.
„Nigdy nie zamykaj oczu, kiedy przeciwnik stoi tuż przed tobą. Lustruj jego postać, jakby od tego miało zależeć twoje życie. Szukaj wskazówek, słabych punktów. Zwróć uwagę na mimikę, sposób poruszania się, charakterystyczne cechy. Spróbuj ustalić, czy jego ruchy są schematyczne, czy mają określony ciąg. Dowiedz się, w jakim stylu walczy i znajdź odpowiedni kontratak. O ile sytuacja ci na to pozwoli, przed przystąpieniem do walki obmyśl odpowiednią strategię’’ – Słowa Tsunade zdawały się odbijać echem w umyśle Haruno. Dziewczyna bez zawahania postanowiła przystąpić do procedury określenia petenta.
         ‘’Dobra, Sakura, wysil teraz swoje szare komórki. Osobnik jest średniego wzrostu, wygląda na nieznacznie starszego lub równego wiekiem. Przez okrywający ciało ciemnej barwy płaszcz niewiele można stwierdzić na temat jego sylwetki. Cechą charakterystyczną są z pewnością czerwone włosy, koloru oczu nie da się niestety określić z takiej odległości. Perfekto, dalej. Chłopak (mężczyzna?) wydaje się być pewny siebie, co udowadnia bezczelność, z jaka prowadzi rozmowę i fakt wtargnięcia na teren wioski w tak ważnym dniu. Więcej, potrzebujesz czegoś więcej, Haruno. Mimika nie zdradza niczego szczególnego, jest opanowany i na odległość czuć od niego zuchwałość. Jego postura nie wskazuje na to, by planował podejmowanie walki, stoi kompletnie rozluźniony. - Gdyby nie okoliczności, można by pomyśleć, że zaraz wyciągnie jakieś tandetne pisemko i odda się lekturze w akompaniamencie ulubionej muzyki, popijając w międzyczasie herbatę jaśminową.’’ – alter ego uczennicy Piątej dorzuciło sarkastycznie swoje pięć groszy. – ‘’Chwila, halo, stop. O czym Ty myślisz? Wróg napada na Wioskę, możliwe, że zaraz zaatakuje, a Tobie w głowie napary ziołowe i ciastka?’’
         Różowowłosa zrugała się w myślach za własną niesubordynację, po czym wróciła do dalszych oględzin przybysza. Starała się zapamiętać wszystkie zgromadzone dotychczas informacje.
Jak dotąd sytuacja była napięta, ale wszystko rozgrywało się powolnie, nie wskazując na nagły zwrot wydarzeń. Ten moment nie mógł jednak trwać wiecznie - niespodziewanie nieprzyjaciel w drastycznie szybkim tempie zmniejszył odległość dzielącą go od Hatake. ANBU zareagowało natychmiast, jednak Minoru zdawał się nie być nimi zainteresowany - w ułamku sekundy rozprawił się z wrogo nastawionymi shinobi, powalając ich na ziemię. Wszyscy byli w głębokim szoku - elitarna grupa ninja została pokonana, mało tego - nikt nie widział nawet, co dokładnie zaszło. Czerwonowłosy zniknął z pola widzenia dosłownie na sekundę, doszczętnie obezwładniając drużynę. Jej członkowie byli przytomni, jednak nie byli w stanie poruszyć się nawet o milimetr; pełnili jedynie funkcję dekoracyjną na tarasie budynku. Pozostało im tylko biernie obserwować, jak przeciwnik wolnym krokiem podchodzi do pozostawionego samego sobie Hokage. Rokudaime nie był jednak bezbronny - od razu przybrał pozycję bojową, a jego dłoń zaczęła mienić się blaskiem Chidori. Użyta do techniki skupiona dawka energii wytworzyła dźwięk przypominający śpiew stada ptaków.
         – Twoje działania nie pozostaną bezkarne. Przysięgam na tytuł Hokage, że sprawiedliwość Cię dosięgnie, chłopcze. – Dotychczas bierny względem czynów czerwonowłosego Hatake, zmienił swoje nastawienie. Aura emanująca od mężczyzny była przerażająco potężna, a aktywowany Sharingan utwierdzał wszystkich obserwujących starcie w tym przekonaniu.
         – Czekam na ten dzień, starcze – z ust chłopaka wydobyła się beznamiętna riposta. W dłoni Minoru pojawił się kunai, kiedy Hatake zdecydował się przejąć inicjatywę i ruszyć na przeciwnika. Mimo niezwykłych umiejętności, którymi dysponował chłopak, to właśnie Kakashi, dzięki swojemu kekkei genkai miał znaczną przewagę; szybkość czerwonowłosego nie miała znaczenia w walce z Rokudaime, który z powodu oczou Obito był w stanie przewidywać ruchy wroga. Wbrew początkowym problemom z nadążeniem za tempem swojego oponenta, siwowłosy szybko dostosował się do jego stylu walki i zastosował kontratak przy pierwszej okazji - gdy Minoru zniknął, po raz kolejny pojawiając się za Kopiującym Ninja, ten wyczuł jego zamiar i natychmiast odwrócił się, przebijając na wylot klatkę piersiową chłopaka. Hatake wiedział, że coś jest nie tak - energia emanująca od czerwonowłosego od samego początku była niejasna, nieczytelna, a jego chakry nie dało się w żaden sposób wyczuć - teraz wiedział dlaczego. Po ciosie zadanym przez Hatake nie pozostała ani jedna kropla krwi; zostało jedynie ciało, zmieniające swą postać w drewnianą powłokę.
         „Drewniany klon?” – Hatake mruknął zdziwiony we własnych myślach, będąc zaskoczonym zagraniem przeciwnika. Zmrużył gniewnie oczy i w pełnej koncentracji machnął ręka, niszcząc drewniany pancerz, który pod wpływem siły rozsypał się po powierzchni tarasu.
         – Zdziwiony, co, staruszku Hokage? – głos pochodził z... dołu. Przeciwnik wyłaniał się z powierzchni budynku; wystawał tylko jego tors, a dłonie Minoru trzymały kostki Hatake w żelaznym uścisku. Kakashi odczuł momentalnie uchodzącą z jego ciała energę - poczuł się słabo, zachwiał się; jego instynkt nakazał mu w błyskawicznym tempie uwolnić się z uchwytu przeciwnika, toteż sięgnął do kabury z bronią. Wyciągnął z niej wybuchową notkę, rzucając papier pod własne nogi. Wybuch odrzucił Rokudaime na kilka metrów w tył, sytuacja była niesprzyjająca - był lekko zraniony, a kontrola chakry zakłócona przez czerwonowłosego spowodowała nagłą dezaktywację Sharingana; oczy Hatake zaczęły krwawić. Siwowłosy oparł się o własne kolana, próbując ustać, jednak brak energii pustoszący jego ciało był paraliżujący, nie dawał mu możności wykonania najmniejszego ruchu. Minoru wyłonił się spod zawalonego gruzu, powoli podchodząc do Hokage, a z dłoni chłopaka wyrastała drewniana strzała o niebotycznie ostrym wykończeniu.
         – Sądziłem, że zapewnisz mi więcej rozrywki. Moje rozkazy tego nie przewidywały, ale twoja śmierć tylko ułatwi nasze późniejsze kroki. Słabeusze tacy jak ty nie są godni miana Kage, więc... zgiń. – pogardliwe słowa Minoru przepełnione były czystym obrzydzeniem względem Hatake. Uniósł dłoń, w której dzierżył swoją broń i już tylko sekundy dzieliły narzędzie od krwawego spotkania z gardłem Rokudaime. Moment ten został jednak zniweczony za sprawą pewnego nadpobudliwego shinobi; akcja nabrała jeszcze szybszego tempa – Naruto, jak w amoku, wyrwał się z tłumu, szybując w powietrzu w stronę nieznajomego. Przeciwnik nie był pod wrażeniem jego brawury, ale nie zamierzał odmówić sobie dodatkowej zabawy; odskoczył kilka metrów w bok, ustawiając swoje ciało w gotowości do walki. Uzumaki wykonał swoją popisową technikę, a obok blondyna pojawiły się trzy cieniste klony - jeden z nich odłączył się od grupy i zabrał Kakashiego w bezpieczną strefę. Pozostała trójka powoli zmniejszała odległość dzielącą ich od wroga. Zaczęła się otwarta walka - Naruto nacierał stopniowo na rywala, ten jednak z dziecinną łatwością unikał jego ataków, kontrując poszczególne uderzenia. Czerwonowłosy poruszał się płynnie, jego każdy ruch był przemyślany i precyzyjnie wymierzony, co w połączeniu z jego nieziemską szybkością dawało zabójcze połączenie. Efektem przejmującej mieszanki było zamienianie się imitacji Uzumakiego w kłęby dymu w bardzo krótkim czasie. Na niekorzyść Naruto, chłopak znajdował się w samym środku wioski przepełnionej po brzegi cywilami - ograniczał go obszar walki, a przez obecność zbyt wielu osób nie mógł użyć Trybu Mędrca ani mocy Kuramy, co z pewnością spowodowałoby zbyt duże szkody. Oponent doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej przewagi, grając z nim swobodnie w kotka i myszkę.


         Przez cały czas bacznie obserwowała ich potyczkę; z niepewnością wymalowaną na twarzy szukała kolejnych informacji o stylu walki przeciwnika. Nie była w stanie uwierzyć w to, co się właśnie działo. Oddział ANBU został pokonany, jej Mistrz został zmuszony do bardzo niebezpiecznego odwrotu, a najlepszy przyjaciel w każdej chwili mógł zostać poważnie ranny. Obywatele stali wpatrzeni w zaistniały obraz, a nogi wszystkich obserwujących zdawały się połączyć z ziemią.
         ‘’Dlaczego nikt im nie pomoże? Dlaczego każdy stoi jak słup, kiedy kilka metrów obok rozgrywa się niebezpieczne starcie? Dlaczego cywile nie uciekają, dlaczego shinobi nie reagują, gdzie się w tym zamieszaniu podziali medyczni ninja?’’ - pesymistyczne myśli przebijały jej umysł z prędkością równą wrogiemu przybyszowi.
         ’’Dlaczego, dlaczego, dlaczego... a dlaczego sama nic nie zrobisz, co? Nadal jesteś zapłakanym dzieciakiem, które każdy musi ratować? Może sama w końcu ruszyłabyś tyłek i zadbała o swoich towarzyszy? Tsunade pewnie robi salta w grobie, oglądając z góry twoją bezczynność. Myślisz, że byłaby zadowolona z czasu zmarnowanego na szkolenie gówniarza, który koniec końców polega na wszystkich dookoła i modli się, że jej towarzysze sami się uratują? Co ty robiłaś przez ostatnie lata? Sprzedawałaś warzywa na targu, piłaś drinki z palemką? Nie, kretynko, ciężko harowałaś, żeby dotrzeć do aktualnego poziomu! Bierne przyglądanie się jest czystym marnotrawstwem twojej pracy i wiary, którą obdarzyła cię Cycata Blondyna! Gdy groziło ci niebezpieczeństwo, ONI zawsze byli przy tobie. Może nadszedł czas, żeby w końcu przestać się nad sobą użalać i myśleć o sobie jak o pępku świata, co, księżniczko? ‘’ – alter ego Sakury nie znało żadnej litości, rugając dziewczynę z każdym kolejnym zdaniem wypowiadanym w jej umyśle. I stety-niestety, choć zdarzało się to stosunkowo rzadko, mówiło z sensem (no, może poza częścią o Cycatej Blondynie) i miało zupełną rację - przyszedł czas na działanie, bierne obserwacje zostawmy w przeszłości. Kop mentalny, który dostała od samej siebie zaważył na decyzji odstawienia żelaznej zasady jej mentorki na drugi plan - jak się okazało, był to idealny moment, bo niebieskookiemu przydałoby się małe wsparcie.
         Antagonista zniknął z pola widzenia Uzumakiego i w niecałą sekundę później zjawił się za plecami zdezorientowanego chłopaka, nie dając mu szansy na obronę przed zbliżającą się w zastraszająco szybkim tempie strzałą. Haruno, jak na zawołanie, stawiła się tuż za Naruto, sprawiając, że ich plecy niemal do siebie przylegały. W dłoni trzymała tantō, którym odpierała narzędzie przeciwnika. Iskrom lecącym dookoła towarzyszył charakterystyczny odgłos, kiedy rywale mierzyli się wzrokiem. Używając swojej siły (w myślach dziękując mentorce za lata pracy spędzone nad treningiem jej kondycji fizycznej), odepchnęła zamaszyście przeciwnika, jednak ten po raz kolejny za sprawą zakazanej techniki lub mistycznego cudu błyskawicznie zjawił się przed obliczem Uzumakiego. Strzała skierowana w twarz chłopaka drasnęła jego policzek, a blondyn przez stratę równowagi zsunął się z barierki i runął na taras, znajdując się w małej odległości od nadal osłabionego Kakashiego. Przeciwnik nie czekał, aż oszołomieni ninja dojdą do siebie; wykonał kolejny ruch, którym był pewny kop z półobrotu, kończący swoją drogę na brzuchu Haruno. Dziewczyna odepchnięta z dosadną siłą zaczęła spadać z samej góry siedziby Hokage. Dynamiczność sytuacji i konkretny cios ze strony czerwonowłosego sprawiły, że zielonooka nie umiała odnaleźć się w zaistniałej sytuacji. Na moment zapomniała jak się oddycha, czuła jedynie pulsujący ból w okolicach torsu, a o bezpiecznym lądowaniu mogła co najwyżej marzyć. Z jej ust wydobyło się wymowne przekleństwo, kiedy widziała znikającą z pola widzenia sylwetkę Minoru. Już czuła ból, z którym miało jej się za chwilę mierzyć. W myślach zaczęła odmawiać pacierz, a oczami wyobraźni widziała niebezpiecznie pulsującą żyłkę na czole Tsunade. Absurd sytuacji sprowadzał się do tego, że zielonooka rechotała w duchu jak szalona - gdyby teraz umarła, byłaby to bezkompromisowo najbardziej beznadziejna śmierć pośród wszystkich. Cóż, to była w pewien sposób dość pocieszająca myśl. Może dostałaby pośmiertnie coś w rodzaju orderu uznania za bycie najbardziej niezdarną kunoichi?
Jej frywolne rozmyślania przerwał znajomy zapach, a zamiast upadku poczuła żelazny uścisk podtrzymujący dziewczynę za nogi i ramiona. Nim zdążyła zorientować się, co się właściwie stało, jej samobójczy lot zakończył się; zbawiciel stanął twardo na ziemi pośród roztargnionego tłumu. Jedynym, co udało się zidentyfikować Haruno spod przychylonych powiek, były zmieszane twarze mieszkańców wioski i ich przerażone westchnięcia. Dobroczyńca postawił dziewczynę na stałym gruncie i podtrzymywał przez chwilę, nim sama dala radę utrzymać stabilną pozycję. Ból spowodowany uderzeniem nieznajomego znacznie zelżał, nie pozostawiając po sobie takich nieprzyjemności jak złamane żebra, co niezmiernie ucieszyło zielonooką. Unosiła już wzrok, by poznać tożsamość swojego Mesjasza i podziękować mu za ratunek, gdy powietrze przerwał entuzjastyczny krzyk dochodzący gdzieś zza zastępu ludzi.
         – Sasuke, stary, dawnośmy się nie widzieli! Nowe wdzianko? – Białowłosy przedzierał się przez ciskającą błyskawice w stronę przedstawiciela klanu Uchiha chmarę, taranując niektórych obywateli wielkim mieczem przytwierdzonym do pleców.
        – Zamknij się, Suigetsu. – Suchy ton kruczowłosego momentalnie zgasił zapał uradowanego Hōzukiego.
         Możliwe, że Mistrz Miecza mruknął zmarnowany pod nosem coś w rodzaju  „No wiesz co? Mógłbyś chociaż udać, że za mną tęskniłeś”, ale do zielonookiej to nie dotarło. Właściwie to mało co do niej nie docierało; mózg Sakury został jakby odcięty od ciała, nad którym kontrolę przejęło rozszalałe serce. Haruno nie była w stanie uwierzyć w jakiej sytuacji się znajdowała - jej rycerzem w lśniącej zbroi okazał się być Sasuke Uchiha we własnej osobie. Ten Sasuke, który próbował ją zabić. Ten, który przez lata odtrącał jej uczucia. Ten, z którym ramię w ramię walczyła podczas wojny. Ten sam, którego niegdyś tak bardzo kochała.