niedziela, 6 sierpnia 2017

4.

Przywiązanie jest ograniczeniem samego siebie

Popielate chmury zasłaniały całe niebo i nie dawały przedrzeć się nawet najmniejszemu promykowi słońca. Śpiew ptaków zdawał się zanikać gdzieś w tle, podczas gdy temperatura spadała, a zimny, porywisty wiatr przybierał na sile, drażniąc co rusz delikatną skórę mojej twarzy.
Opuściliśmy teren szpitala dosłownie kilka chwil temu, by teraz przedzierać się przez opustoszałe uliczki wioski. Naszym jedynym towarzyszem była cisza - ta pieprzona, raniąca lepiej od najznakomitszych ostrzy i najbardziej bolesnych słów cisza.
Bo chociaż wydawało się, że nic nie odbiega od normy, wychwyconych przeze mnie różnic było od groma. Obecna sytuacja, owszem, przypominała tę sprzed dziesięciu lat, jednak było to wrażenie jedynie powierzchowne: trójka przyjaciół krocząca ulicami rodzinnej wioski, odziana w stroje ninja, nad wyraz dumnie eksponując opaski informujące o statucie shinobi. Faktycznie, Naruto starał się rozluźnić gęstą atmosferę, a jego żarty były tak kiepskie, jak kiedyś. Nasza reakcja zresztą również była podobna: moja zniesmaczona mina ramię w ramię z jego rażącą dawką obojętności.
To takie uczucie, jak to, kiedy obiecano ci elegancki jacht, a jedyne, co otrzymujesz, to statek w butelce. Zamiast bujnego bukietu czerwonych róż dostajesz zwiędłą stokrotkę. W momencie przekroczenia progu domu marzysz o pysznej kolacji, butelce dobrego wina i - niczym wisienka na czekoladowym torcie - kochającym mężczyźnie, a zastajesz kubek z niedopitą z rana herbatą i stos brudnych ubrań rzuconych niedbale gdzieś w kącie pokoju.
Zawód. Rozczarowanie. Smutek. Żal. I na końcu - samotność. Niczym uderzenie w twarz zaraz po dosadnym kopnięciu prosto w brzuch.
Paradoksalnie nawet kilka prostych słów niedbale wplecionych między monolog zbudowany na fundamentach milczenia dawało mi pewnego rodzaju ukojenie – tak samo jak chłonięte przeze mnie ciepło bijące z ciał dwójki przyjaciół. To właśnie one potwierdzały rzeczywistość, one upewniały mnie, że nasze spotkanie nie jest jedynie marnym snem czy fikcją, a sytuacją równie realną jak ból mojego wielokrotnie łamanego serca.

Nie spodziewałam się powitania rodem z romantycznych filmów, fajerwerków, pokłonów ani uścisków dłoni. Niestety obecne okoliczności przerosły moje wyobrażenia, dając dość okrutnie do zrozumienia, że nie jesteśmy już dziećmi, którymi jeszcze kilka lat temu byliśmy. Rzeczywistość okazała się brutalna, ale kręgosłup moralny nakazywał mi przyznać się do faktu dokonanego: nasze więzi znacząco osłabły na przestrzeni minionych lat. Nie da się ukryć - liczba wymuszonych uśmiechów, niewypowiedzianych słów i nieistniejących uczuć przekraczała znaną skalę. Nie jesteśmy ze sobą zżyci tak, jak kiedyś, a i nic nie zapowiada zmiany obecnego stanu. Niestety.
Mimo statusu lekarza jestem zobligowana dopuścić do siebie nadchodzącą myśl: było na to tylko jedno lekarstwo – czas. Jedyna droga do tego, żebyśmy oswoili się na nowo ze swoim towarzystwem i nauczyli się wzajemnej ingerencji w swoje życie.
– Chyba powinnaś już iść – mruknął, by po chwili paść ofiarą mojego speszonego spojrzenia. – W szpitalu mówiłaś, że kierujesz się tą drogą – burknął, wskazując palcem na leśną ścieżkę. – Choć starał się zachowywać naturalnie, jego głos był przepełniony czymś w rodzaju wstydu; jakby wypowiedziane słowa były dla niego szczytem kompromitacji.
– Uhm... tak – wykrztusiłam niemal od razu. – Racja – odparłam nieco pewniej. – Do zobaczenia jutro, chłopaki! – palnęłam wesoło. Mimo lichych zdolności aktorskich, którymi mogłam się poszczycić, nie wychwycili chwilowego załamania głosu, chaotycznego ruchu dłonią ani nawet sztucznego uśmiechu numer trzy, jednego z wielu, które miałam w zanadrzu. Naruto najwyraźniej wolał wierzyć, że moje zachowanie jest spowodowane szokiem z powodu zaistniałej sytuacji, a Sasuke, jak to Sasuke, moja egzystencja po prostu nie obchodziła.
Uzumaki przygarnął moje ciało, tuląc je czule, a kruczowłosy zdecydował się unieść dłoń w geście pożegnania. Najwyraźniej limit wypowiedzianych w moim kierunku słów został na dziś wyczerpany. Może to i dobrze, bo nie byłam w nastroju na rozmowę, a słuchać, mówiąc krótko, też nie miałam najmniejszej ochoty.
Opuściłam towarzystwo kompanów w obawie, że optymizm blondyna - choć zapewne wymuszony - był tak samo niebezpieczny jak zawsze, a zaraźliwy nawet gorzej od najbardziej paskudnego przeziębienia.

Odbiłam w (nie)właściwym kierunku i dziarskim krokiem pokonywałam kolejne metry obranej ścieżki, jakoby moja oddalająca się sylwetka nie mogła budzić w kompanach ani grama podejrzeń. Wprawdzie, wedle posiadanej przez nich wiedzy, kurs ten był niezawodnym skrótem do posiadłości moich rodziców, którym jeszcze za czasów nastoletnich namiętnie zwykłam wracać do domu.
***

Jeżeli kreatorem mojego losu jest człowiek,  przysięgam, że jest on jeszcze większym frajerem ode mnie. Gdyby jakimś cudem doszło do konfrontacji, to zapewne nie byłbym w stanie wybrać między respektującym przybiciem piątki z owym delikwentem a poćwiartowaniem ciała tej gnidy na drobne kawałeczki.
Pozbyłem się Uzumakiego niedługo po opuszczeniu naszego towarzystwa przez Haruno, a było to bezapelacyjnie najlepszym, co spotkało mnie tego mizernego dnia. Zaznałem ukojenia w ramionach przebiegłej samotności, która i tym razem okazała się być podłą suką, racząc mój umysł myślami, które odganiałem od siebie niczym natrętną muchę już od chwili przekroczenia bram Konohy.
Powrót do wioski – błąd, spotkanie z przyjaciółmi – błąd, wizyta w szpitalu – również, cholera, błąd. Mógłbym równie dobrze przerobić swój mózg na pasztet, bo na tyle mi się w życiu przydawał. Zostawiłem swoją zdolność logicznego myślenia w szafce na buty czy może rzuciłem za kanapę? Ciężko stwierdzić, ale musiałem ukryć ją przed samym sobą idealnie, skoro kilkanaście lat aktywnych poszukiwań dało marny efekt. Cóż, ponoć ludzie głupi są szczęśliwsi, a żywe potwierdzenia owej tezy można zauważyć niemal na każdym kroku.
Miałem sprawę do załatwienia – tak, tak, zostawiłem włączone żelazko albo zaraz startuje ostatni lot do krainy marzeń, bla bla bla... Bujdy. W istocie, stan mojego domu był wysoce... zastanawiający, odkąd zdecydowałem się zostawić tam bandę dzikusów, jaką jest Taka. Szczęście w nieszczęściu, że wypełnianie każdej zachcianki Kakashiego zajmowało Suigetsu i Karin tyle czasu, że względy czysto techniczne uniemożliwiły im wysadzenie tego pobojowiska w powietrze. Z drugiej strony wiązało się to z powierzeniem posiadłości Jūgo i mimo jako-takiego zaufania, którym był przeze mnie darzony, gdzieś z tyłu głowy dryfowała niepokojąca wizja chłopaka pochłoniętego całkowitym szałem, który przerabia to gruzowisko w kupkę popiołu. Niezbyt miła perspektywa, doprawdy.
I chociaż chciałbym sobie wmówić, że opuszczając mury szpitala kierowałem się jedynie  chęcią zwiadów, nie mógłbym się okłamywać w aż tak marny sposób. Prawda była taka, że nie chodziło w tej sytuacji o samą obecność Haruno - nawet zwykłe posiadanie dziewczyny w zasięgu wzroku doprowadzało mnie do szczytu wewnętrznego wzburzenia. Od kiedy pamiętam, uważałem ją za personę irytującą pod wieloma względami, ale tym razem chodziło o coś zupełnie innego. Sam nie wiedziałem, co w tym wszystkim denerwowało mnie najbardziej. Mamy trzech kandydatów:
1. Do szewskiej pasji doprowadza mnie fakt, że nie wygrałem starcia z Naruto. A na chłopski rozum - skoro pada tu termin nie wygrałem, oznacza to klęskę. Moja duma już w tym momencie stała się przykrym wspomnieniem, ale niestety to nie koniec mojego pasma porażek. Chociaż, skoro już ruszyłem swoje wyniosłe dupsko do wioski, to nie omieszkam nie wykorzystać tego zbiegu okoliczności do sowitego rewanżu.
2. Zainicjowałem bezsensowną walkę, w wyniku której prawie pourzynaliśmy sobie łapy, kierując się… w zasadzie to nie wiem do końca jakimi priorytetami się wtedy kierowałem, ale skoro miałem wenę do objęcia władzy nad światem, zabicia najlepszego przyjaciela i unicestwienia wszystkich bijū, to na pewno miałem ku temu jakiś sensowny powód, prawda? W każdym razie, z łatki mordercy, która została mi przyczepiona przez społeczeństwo, awansowałem w oczach ludzi do miana mordercy-psychopaty. Robisz postępy, Uchiha!
3. To właśnie w tym szpitalu, w którym miałem (nie)przyjemność gościć niemal pięć lat temu. Sakura wraz z liczną grupą medyków próbowała odratować nasze ręce od względnej konieczności - amputacji. Mimo wielu powikłań i utrudnień (których zapewne nie byłbym w stanie nawet powtórzyć), upór różowowłosej doprowadził ją do obranego celu, a moja ręka jak służyła mi kiedyś, tak dzielnie robi to aż po dziś dzień. Nie omieszkam nie wspomnieć, że w momencie, w którym moja dłoń wróciła do przeciętnej sprawności, opuściłem wioskę niczym rasowy tchórz. Przyćmiony ogromem mojego ego i rosnącej z dnia na dzień dumy nie potrafiłem w sobie znaleźć nawet tej szczątkowej ilości odwagi, by podziękować Haruno za trud, który włożyła w uratowanie mnie.
Czy żałowałem? Tak. Nie. Nie wiem.
Nie żałowałem zabójstw, tortur, katowania. Nie wstydziłem się aktywnej gotowości do zniszczenia własnej wioski, co wiązałoby się z wyrżnięciem wszystkich moich znajomych w pień. Nie biłem się w pierś za wielokrotne próby zabicia Uzumakiego, który bądź co bądź był najbliższą mi osobą po zagładzie klanu. Nie popadłem w depresję po śmierci brata, której w zasadzie sam byłem powodem. Ach, i nie obchodziła mnie przynależność do Akatsuki ani górowanie w Księdze Bingo. Nie rozczulało mnie również uśmiercenie własnego mistrza.
Natomiast odchodziłem od zmysłów, gdy tylko pozwoliłem sobie na przelotne spojrzenie w kierunku Sakury, kiedy poczułem woń jej perfum, czy musnąłem dłonią skrawek delikatnej skóry. Zdecydowanie najgorszy był jednak wzrok - przypominał mi o liczbie zaległych przeprosin, których ilość znacząco wzrosła na przestrzeni minionych lat. Swoją drogą, wyrzuty sumienia to bardzo nieprzyjemne określenie, które przyprawia mnie o rozstrój żołądka. Pozwolę sobie nazwać to uczucie zmieszaniem, ot tak, żebym mógł czasem spojrzeć w lustro.
W towarzystwie mógłbym się uciec do swoich standardowych zagrywek - użycia szerokiej gamy wyzwisk, którymi dysponowałem, znieważań, drwin i na koniec (mojej ulubionej, a jakże!) obojętności. Bo choć sposoby te są w istocie prymitywne, nie można im odmówić skuteczności. Przynajmniej mogłem zająć tę kupę różowego gówna w czaszce bierną przyjemnością, którą daje mi dręczenie ludzi. Jednak w momencie, w którym nasze grono zawęziło się do trzech jednostek, moje metody straciły na efektywności na rzecz konsternacji i rażącej niezręczności.
Nie wiem, jak długo zamierzałem unikać towarzystwa Haruno. Jeśli byłoby to możliwe, mogłoby trwać i wieczność, ale biorąc pod uwagę okoliczności, które były niesprzyjające, zapewne skrzyżowanie naszych ścieżek było równie realne co nadchodzący deszcz. Czas uciekał, a jedyny pomysł goszczący w mojej głowie polegał na udawaniu kamienia, co właściwie nie było tak głupie, jakby się mogło wydawać. Poziom tego zagrania jest iście równy mojemu.
Zmieńmy może temat, bo moje neurony zaczynają się powoli przegrzewać. Mamy dobre wiadomości. Chociaż czy takie dobre, to już zależy od perspektywy. Patrząc przez pryzmat wioski, mamy pozytywne wieści: wróg zbiegł! I to tak daleko, że nie było go czuć na kilometry poza murami wioski. Wężowaty się jednak do czegoś przydał - przyzwane gady mojego sensei’a przeczesywały teren z pedantyczną wręcz dokładnością, a asysta sokołów patrolujących strefę powietrzną dała pewność, że po awanturniku nie pozostał nawet ślad.
Z mojej strony: w sumie szkoda, bo miałem naglącą potrzebę dania upustu swojej frustracji na kimkolwiek, a ten gnojek idealnie wpasowywał się w moje standardy.

***

Wolnym krokiem przekroczyłam próg mosiężnej bramy, kiedy pierwsze krople deszczu zaczynały swoją wędrówkę z chmur i mknęły mozolnie przez nieboskłon, aby skończyć swoją egzystencję między źdźbłami wydeptanej trawy. Krajobraz nie uległ znacznej zmianie; grunt był tak zadbany, jak zwykłam pamiętać, drzewa traciły swą estetykę, kiedy puszczały kolorowe liście z koron, przygotowując się tym samym do przetrwania nadchodzącej zimy. Aktualny stan pogodowy był wybitnie adekwatny to aury tego miejsca - ciężki, smutny, przytłaczający.
Zagłębianie się w coraz to dalsze zakamarki cmentarza było dla mnie zawsze zajęciem konsternującym - przedzierałam się przez nagrobki mieszkańców wioski, co jakiś czas smutno spoglądając na granitowe bryły, których grawery przedstawiały imiona bardziej lub mniej znanych mi osób. Jednak jak wiadomo, największej dawki sprzecznych emocji dostarczał mi widok nazwiska persony bliskiej memu sercu, a był to pomnik Tsunade Senju, usytuowany na samym środku miasta umarłych.
Szłam powoli, niwelując dystans dzielący mnie od przedmiotu mar sennych, które nawiedzały mnie dokładnie każdej nocy od śmierci mojej mentorki aż po dziś dzień. Choć obraz nadal był niewyraźny, od razu udało mi się wychwycić pierwszą różnicę - a rozbieżność ta przybrała postać małej dziewczynki, układającej kwiaty pod ów statuą.
Docierając do obranego celu mogłam usłyszeć, jak dziewczę nuci półszeptem dźwięczny utwór. Melodia przypominała kołysankę, którą zwykła mi śpiewać matka za każdym razem, gdy bałam się zasnąć w obawie przed potworami czyhającymi w szafie czy pod łóżkiem.
– Co tutaj robisz? – zagaiłam, nim dziewczyna zdążyła zauważyć moją obecność. – Szósty ogłosił alarm, wszyscy cywile powinni zostać w domach – dodałam, gdy ciemnooka zwróciła na mnie swój speszony wzrok.
– Przyszłam do Godaime... – wymamrotała skruszona i wróciła do wykonywania poprzedniej czynności. Postanowiłam pozwolić odpocząć zmęczonym wędrówką nogom, dając im ukojenie w postaci ławki stojącej nieopodal, naprzeciwko pomnika. Zajęłam miejsce, zgarnąwszy pojedyncze krople deszczu osadzone na drewnianej konstrukcji. Westchnęłam, skupiając wzrok na pochłoniętej pracą ciemnowłosej.
– Gerbery są oznaką podziwu i szacunku – przemówiłam. Choć pełniona przeze mnie funkcja medyka obligowała mnie do znajomości kwiatów i ziół, moja wiedza kończyła się na ich leczniczych właściwościach. Nigdy specjalnie nie interesowałam się ich symboliką na podstawie danego gatunku czy koloru, jednakże przebywając tyle lat w towarzystwie Yamanaki, nie mogłam zapomnieć kilku ciekawostek. A raczej nie mogłam ich nie zapamiętać, bo blondynka miała w zwyczaju mówić o tym przy każdej nadarzającej się okazji. Idąc na pierwszą randkę z Saiem, założyła różową sukienkę, ponieważ kolor ten symbolizował namiętność. Zabroniła mi kupna żółtej bluzki, tłumacząc, że barwa ta oznacza wrogość i nienawiść. Zawsze powtarzała, że pasuje do mnie niebieski, ponieważ oddawał on wierną, bezgraniczną miłość, którą darzyłam niegdyś Sasuke.
Darzyłam?
– Oznaczają też hołd oddawany osobie, którą się nimi obdarowuje – powiedziała dziewczynka, wyrywając mnie z chwilowego zamyślenia. I zrobiła to w odpowiednim momencie, ponieważ moje myśli zaczynały zmierzać na zły tor.
– Dużo wiesz o kwiatach – mruknęłam ożywiona. – Pracujesz w kwiaciarni?
– Moja babcia jest z powołania zielarką, teraz też emerytowaną pielęgniarką – powiedziała, siadając obok mnie. – Miała okazję asystować ci przy kilku zabiegach, Haruno-sama – dodała i uśmiechnęła się dumnie. – Jestem Tami – przedstawiła się, podając mi dłoń.
– Sakura Haruno – odparłam, ściskając rękę brunetki. – Miło mi cię poznać, Tami.
– Możesz tego nie pamiętać, ale poznałyśmy się kilka lat temu – przerwała wymownie, patrząc na mój zmieszany wyraz twarzy. – Uratowałaś mnie i moją babcię przed przyzwańcem Paina podczas ataku Akatsuki na wioskę.
Z początku nie mogłam jej skojarzyć, przecież duża liczba podróży wiązała się z dużą liczbą twarzy. Tych, które warto było zapamiętać, tych, których nie powinno się już więcej zobaczyć oraz tych, które były tak obojętne, że wraz z biegiem czasu zanikały z pamięci. Kiedy dziewczynka wspomniała o ataku na wioskę, wyimaginowana, jaskrawa żaróweczka pojawiła się tuż nad moją głową, sygnalizując poprawnie działające styki w tej różowej główce. Faktycznie, ciężko było zapomnieć przerażoną minę wtedy jeszcze dziecka, które od rychłej śmierci dzieliły zaledwie sekundy. Jednak tym, co zagnieździło się w mojej pamięci na dobre, był jej uśmiech, uśmiech okazujący nadzieję budzącą się w małym serduszku. A uśmiech ten pojawił się na wieść, że Tsunade nigdy nie pozwoli, by komukolwiek coś się stało.
To właśnie dlatego przyszła na cmentarz i zignorowała prawdopodobne zagrożenie oraz rozkazy Kakashiego.
Ciężko było mi winić samą siebie o to, że nie rozpoznałam dziewczyny. Lata zmieniły ją nie do poznania. Zielona tunika została zastąpiona bluzką tego samego koloru z szerokimi rękawami kończącymi swoją długość na wysokości łokci i uroczym dekoltem wykrojonym w serek. Zamiast niegdyś noszonych ciemnych szortów, można było zobaczyć krótką, białą spódniczkę. Na rękach od łokci aż po nadgarstek oraz na kolanach widniały siateczki ochronne, a lewą nogę na wysokości uda zdobił bandaż, do którego przypięta była ciemna kabura. Całość stroju nastolatki dopełniały czarne buty i rękawiczki bez palców. Jej włosy w odcieniu ciemnego brązu sięgały teraz niemal do łopatek, a niesforne kosmyki utrzymywała turkusowa spinka w kształcie gwiazdki. W istocie, część włosów nadal była związana w kok na czubku głowy, jednak teraz owinięty był haftowaną, białą chusteczką, a nie kawałkiem materiału. Niestety nie skojarzyłam, że był to znak rozpoznawczy jej rodziny. Jej postawa również uległa zmianie - z małego, przestraszonego dziecka wyrosła na piękną, dumną kobietę, której mimo znajomości własnej wartości nie brakowało współczucia czy zrozumienia. Przeniosłam wzrok z jej ciemnych oczu na czoło, gdzie z godnością przewiązana była opaska Wioski Ukrytej w Liściach, informująca o statucie ninja. Młoda mieszkanka Konohagakure wyczuła moje zamyślenie, więc wyjaśniła:
– Zapisałam się do Akademii tuż po zakończeniu wojny. Ukończyłam ją całkiem niedawno – przerwała nagle. – Teraz przygotowuję się do nadchodzącego egzaminu na chūnina i uczęszczam na zajęcia do Shizune-sama – dodała.
– Praktyki w szpitalu, mam rację? – upewniłam się, a ta kiwnęła twierdząco głową.
– Niewiele osób chodziło na zajęcia. Jeszcze mniej uważało, żeby były kiedykolwiek przydatne – mruknęła, obracając kwiat gerbera w dłoni. – W końcu żyjemy w erze pokoju, a medyczni ninja są na froncie nieprzydatni. – Jej słowa przepełnione były goryczą.
– Twoi rówieśnicy nie poznali gorzkiego smaku wojny, Tami – powiedziałam z powagą. – Nie mieli do czynienia z wszechobecną na froncie nienawiścią, szerzącą się śmiercią czy strachem o życie kompanów – oznajmiłam z rozżaleniem. – Ignoranci, którzy nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji – dodałam. – Medyczni ninja są nieodłączną częścią shinobi. To oni zapewniają przetrwanie, ratują ludzi, a śmierć jest ich codziennością. Gdyby nie tacy jak my – zerknęłam na nią – ludzkość już dawno odeszłaby w zapomnienie – odparłam, a kąciki jej ust uniosły się.
– Wierzę, że uda mi się zostać tak świetną kunoichi jaką była Tsunade-sama – wyjawiła, a jej wzrok emanował determinacją. – I jaką jesteś ty, Haruno-sama – spojrzała na mnie oczami pełnymi nadziei, przygniatając łodygę kwiatu.
– Jak zamierzasz to osiągnąć? – zapytałam zaskoczona entuzjazmem młodej shinobi.
– Chroniąc swoich bliskich – odparła niemal od razu.
– A w jaki sposób zamierzasz uczynić i to? – odbiłam piłeczkę.
– Stając się silniejszą – odpowiedziała. Nie było potrzeby zadawania kolejnego pytania. Tami połączyła fakty niemal od razu, a najlepszym tego potwierdzeniem była jej zgorzkniała mina. Między nasz dialog wkradła się pauza, którą dziewczyna wykorzystała na przemyślenie swojej sytuacji.
Po chwili podała mi kwiat gerbery.
– Pozwól mi zostać swoją uczennicą, Haruno-sama – powiedziała.
Szok. Zmieszanie. A może i szczypta dumy? Połączenie emocji przepływających przez moje ciało stanowiło wybuchową mieszankę.
– Przykro mi, Tami – zaczęłam niepewnie, siląc się na staranne dobranie każdego nadchodzącego słowa – ale nie sądzę, bym była dobrym nauczycielem. A tym bardziej osobą, którą chciałabyś naśladować – wykrztusiłam, próbując zachować jednostajny ton. Oczy brunetki przybrały szarawego odcienia zastępującego wcześniejsze iskry nadziei. Entuzjazm przygasł, a dłoń zacisnęła się na łodydze kwiatu, ukazując tym samym buzującą złość. – W tej chwili, to raczej mnie przydałby się mentor – odezwałam się, spoglądając przy tym na pomnik Tsunade. Dziewczynka nic nie odpowiedziała. Wbiła jedynie wzrok w płatki gerbery.
– Haruno-sama... – przemówiła w końcu, zmuszając mnie do spojrzenia. – Nie pozwolę nikomu skrzywdzić moich bliskich. Obiecuję, że moi przyjaciele nie będą musieli mnie bronić, kiedy dojdzie do starcia. Wiem, że będę szła z nimi ramię w ramię. Moje słowa mogą brzmieć teraz pusto, ale nabiorą znaczenia, jeśli zgodzisz się mnie trenować. – Tami podjęła tę samą decyzję, którą ja odważyłam się zadeklarować o kilka lat za późno. Przez jej głos przemawiała czysta determinacja, z początku mylnie interpretowana przeze mnie jako desperackie brzmienie. – Ten kwiat – zaczęła – zwiędnie dopiero w momencie, w którym podejmę trening – rzekła, po czym złapała gałązkę i wprowadziła minimalną ilość chakry do systemu rośliny. Idealnie dobrana dawka energii skumulowana w kwiecie zaczynała się powoli rozchodzić i sprawiła, że wszystkie pąki rozkwitły w zatrważającym tempie. Obserwowałam to zjawisko z jawnym zdumieniem, a gdyby nie wrodzona powściągliwość, pewnie nie powstrzymałabym się przed niestosownym rozdziawieniem buzi. Kiedy kwiat dotarł do swojej najznakomitszej formy, brunetka ułożyła go na moich dłoniach. - A to jest obietnica, którą składam tobie - dodała, kończąc swoją wypowiedź. Ledwie zdobyłam się na przytakujące kiwnięcie głową, a dziewczyna zniknęła z mojego pola widzenia i zostawiła mnie samą sobie.
Minęła chwila, zanim zdążyłam ochłonąć. Postanowiłam nie dokładać sobie tego dnia rozważań na temat potencjalnych umiejętności dziewczyny - zapewne od czasu spędzonego na deszczu poza przeziębieniem rychło dopadłoby mnie i zapalenie płuc - toteż zdecydowałam się zostawić przemyślenia na dogodniejsze warunki. Odsunęłam zdarzenie na dalszy tor, zostawiając w umyśle miejsce na priorytety.
Dałam sobie chwilę na złapanie oddechu i oczyszczenie umysłu. Rozluźniłam mięśnie, bez oporu zezwalając nadchodzącym z coraz większym natężeniem kroplom deszczu mierzwić moje włosy, w czego efekcie byłam przemoczona już niemal do suchej nitki. Z każdą kolejną minutą ten stan się pogarszał. Westchnęłam cicho, przenosząc wzrok na pomnik Senju. Szary, smutny, skąpany w kroplach wody.  Bez wyrazu.
– Wróciłam. – Odważyłam się wypowiedzieć zaledwie jedno z wielu słów. – Wróciłam do domu, Tsunade.
Podczas każdego jednego powrotu do wioski czułam się zobowiązana do odwiedzenia tego miejsca. Moja podświadomość pchała mnie bezpośrednio do obiektu mar sennych, przypominając o okrucieństwie losu i stracie. Trzeba było jednak przyznać, że moje wizyty nie budziły we mnie jedynie negatywnych emocji. Dawały też pewnego rodzaju ukojenie, którego nie mogłam zaznać żadnym innym sposobem: odizolowaniem, morderczym treningiem czy litrami alkoholu. A mówiąc ściślej: ów zaspokojenia nie dawało mi przesiadywanie i żmudne wpatrywanie się w posąg, a rytuał, który zwykłam odprawiać przy okazji każdego z licznych powrotów. Może i utwierdzało mnie to w przekonaniu, że z moją głową nadal jest coś nie tak, ale mój stan psychiczny już od dłuższego czasu pozostawał bez zmian. Tsunade była dla mnie niczym druga matka. Wbrew swojej surowości i dyscyplinie, potrafiła okazać ludzkie emocje, a jej odsłony w tych nielicznych momentach uwielbiałam oglądać. Moje emocje nadal bywały lekko zachwiane, a stan psychiczny niestabilny, jednak najgorsze już minęło, a ja mogę znów funkcjonować w społeczeństwie.
– Od twojego odejścia minęło wiele lat, sensei – zaczęłam – ale świat jeszcze nie zdążył się rozlecieć – mruknęłam, unosząc kąciki ust ku górze. – Wioska trzyma się dobrze, a rządy Kakashiego mają dobre rokowania. Jego panowanie zwiastuje dobrą przyszłość – dodałam z lekka. – Shizune stała się szablonową pracoholiczką – powiedziałam zwięźle. – W swej solidności nie brak jej też temperamentu, którym się cechowałaś. Zaczyna się do ciebie upodabniać – prychnęłam beztrosko. – A Hatake? Trzęsie portkami przed tą kobietą! Dziś zresztą prawie wysadził sobie nogi w powietrze – wyjąkałam. Nawet nie próbowałam powstrzymać się od perlistego śmiechu. – Konoha została zaatakowana – oznajmiłam rzeczowo, zmieniając temat. – Choć w istocie było to raczej ostrzeżeniem aniżeli natarciem. – Powaga w moim głosie przecinała zimne powietrze. – Nie martw się – rzekłam od razu, jakby na pocieszenie. – Pod twoim przywództwem wyrosło w wiosce wielu shinobi, którzy w każdej chwili oddaliby swoje życia za dobro wioski. – Blady uśmiech ozdobił moją twarz. – Naruto znacznie spoważniał. Urósł w siłę, tworząc z siebie pierwszorzędny materiał na następnego Hokage. Skoro jego głupie marzenia mają możliwość realizacji, to nie są w zasadzie takie głupie, prawda? – zapytałam sama siebie, przyciskając teatralnie palec do brody, coby choć w kilku procentach moje słowa przybrały mądre brzmienie. – O! – Przypomniałam sobie nagle. – Nie jestem niczego pewna, ale mój szósty zmysł podpowiada, że coś się święci między nim a Hinatą – zachichotałam pod nosem. – Chyba w końcu dostrzegł jej uczucia – zakomunikowałam wesoło. – A mówiąc o uczuciach... Sasuke również pojawił się w wiosce. – Przeniosłam wzrok na trzymany w dłoni kwiat. – Uratował mnie – wymamrotałam. – Nie wiem, czy to cokolwiek znaczy. A mówiąc ściślej... jestem pewna, że nie. – Ścisnęłam nerwowo łodygę. – Jeśli chodzi o mnie... – mruknęłam, szybko uciekając od niewygodnego tematu – wszystko jest w porządku. Nadal mieszkam w Kiri, pracuję w tamtejszym szpitalu. – Westchnęłam cicho. – Sporadycznie wypełniam misje na zlecenie Mizukage. Dość miła kobieta, chociaż jej wybuchy złości bywają przerażające – wykrztusiłam zlękniona. – Nigdy nie byłam ich powodem! – zaznaczyłam od razu. – Nie sądzę, żebym została tam na stałe. Nie byłabym w stanie nazwać tego miejsca domem – powiedziałam z przekąsem. – Póki co odpowiada mi taki układ. Nikomu nie przeszkadzam i nikt nie ingeruje w moje życie. Jestem zwykłą, szarą jednostką mieszkającą w przeciętnym mieszkaniu na przedmieściach wioski. Obecna sytuacja daje mi dużo spokoju, którego potrzebuję – wyznałam szczerze. – Mam też sporo czasu dla siebie. Staram się trenować codziennie – oznajmiłam pociesznie. – W drodze do domu mijam całkiem przyjemny bar – zagaiłam nagle. – Czasem wpadnę na porcję umeboshi. – Przerwałam na chwilę, rozkoszując się wizją tamtejszego przysmaku. – Zamówię też sake albo dwa. – Podrapałam się w tył głowy, czemu towarzyszył nerwowy śmiech. – Chociaż aura tego miejsca jest nie do zniesienia. Pory roku prawie całkowicie zaniknęły, niebo jest wiecznie usłane chmurami, a temperatura wydaje się spadać z dnia na dzień. – Westchnęłam gorzko. – Nie wiem, czy wrócę do Konohy na stałe. Chyba jeszcze nie jestem gotowa na taki krok... – palnęłam smętnie, pozwalając sobie na chwilową pauzę; musiałam złapać oddech. – Co do misji, którą mi powierzyłaś... pracuję nad nią każdego dnia. To chyba wszystko, co chciałam ci powiedzieć – odezwałam się po chwili, kończąc tym samym swój monolog.

Postronny obserwator z pewnością mógłby się pokusić o następujące stwierdzenie: Sakura Haruno jest nienormalna. Ja jednak chciałabym obalić ten osąd, a może raczej sprecyzować: Sakura Haruno w swojej nienormalności próbuje być normalna.
Teraz jednak nadszedł czas przeprowadzić konwersację z kimś bardziej rozmownym od Tsunade. Wprawdzie od powrotu do wioski nie wstąpiłam jeszcze do domu, ale rodzice nie powinni się gniewać za zrobienie małego przystanku po drodze, prawda?

Punkt docelowy: rezydencja klanu Nara.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

3.


„Za późno na skruchę. Rzeczywistość nieubłaganie biegnie dalej.”


         – Sakura! Sakura! Sakura Haruno, odpowiadaj, kiedy do Ciebie mówię! – krzyki blond przyjaciółki skutecznie wyrwały mnie z chwilowego zamysłu, osłupienia... Ciężko określić stan, w którym wydaje się, że serce przestaje bić, chociaż wszystkie funkcje życiowe zostają zachowane. Może był to po prostu szok?
Tłum wokół shinobich zdawał się gęstnieć, a mi każdą kolejną chwilą udało się  poznawać nowo przybyłe twarze. Stałam otoczona, a raczej osaczona, niemal całym rocznikiem swoich towarzyszy z czasów akademii, a ninja wlepiali we mnie swoje oczy, przebijając na wylot niejasnymi spojrzeniami. Zmartwienie, dezorientacja, trwoga? Niełatwo było się ustosunkować w obliczu tak licznej grupy gapiów.
          Akamaru swoim pyszczkiem ocierał się o moją nogę, skomląc cicho. Chōuji w reakcji na stres pałaszował już trzecią paczkę chipsów o smaku ramen, a jego najlepszy przyjaciel - Shikamaru, spalał chyba czwartego z rzędu papierosa.
– Nic Ci nie jest? – zapytał zmarnowany Nara, gasząc butem kolejny niedopałek.
– Wszystko w porządku – odpowiedziałam zażenowana, a właściwie zawstydzona swoim niedoszłym występem. Ona: Sakura Haruno - Legendarny Sannin, najlepszy medyk swojego pokolenia, uczennica Piątej Hokage - niemal straciła życie w wyniku dosadnego kontaktu z gruntem. Gdzie oklaski, fanfary?
Nagle, tuż przy samym uchu, rozległ się krzyk, który osiągnął swoim natężeniem chyba dwustu decybeli. Nawet najlepsze zatyczki do uszu nie dałyby rady w starciu ze strunami głosowymi Yamanaki.
– Powinnaś bardziej uważać! Tsunade nie mówiła Ci nigdy, że nie wolno spuszczać wzroku z przeciwnika?! Mogło Ci się coś stać!
– Ino, na Boga Shinobi, przestań się drzeć – Kiba upomniał znajomą. – Akamaru się przestraszył. – Blondynka spojrzała współczująco na zwierzę, po czym zaczęła głaskać puchatego przyjaciela Inuzuki w geście przeprosin, w międzyczasie ciskając pioruny w moim kierunku. Nie ma co, po kilku latach zafundowała mi bardzo czułe przywitanie.
Po chwili do wesołej gromadki dołączył też Uzumaki, podtrzymujący kurczowo naszego senseia.
– Naruto-kkun… Ty krwawisz! – Nim ktokolwiek zdążył dojść do słowa, zdenerwowana Hinata podbiegła do wybranka swego serca, bacznie lustrując ranę na policzku chłopaka. W całym zamieszaniu udało mi się ukradkiem spojrzeć na szczyt budynku - po ANBU nie został ślad, co mogło oznaczać, że shinobi udali się w pościg za nieznajomym. W ich obecnym stanie było to wybitnie nierozsądnym zagraniem. Jak jednak widać, brak pomyślunku w tym dniu szerzył się niczym zaraza. Westchnęłam cicho, przeczesując ręką kaskady włosów.
– Miło widzieć cię ponownie, Sasuke – poważny ton Hatake przejął inicjatywę nad poruszonym zgromadzeniem. – Szkoda tylko, że w tak niesprzyjających okolicznościach – dodał niepocieszony. Kruczowłosy prychnął lekceważąco, kwitując tym samym słowa Rokudaime.
– Dziękuję za ratunek, Sasuke! – krzyknął entuzjastycznie Uzumaki, drapiąc się w tył głowy. – A u ciebie mam dług wdzięczności, Sakura-chan! – chłopak zaśmiał się nerwowo, szczerząc zęby zęby w szerokim uśmiechu.
– Gdybyście zachowali większą ostrożność, żadne z was nie potrzebowałoby pomocy – warknął zdegustowany Uchiha. – Coś Ty sobie do cholery myślał, rzucając się bez namysłu na przeciwnika? Śpieszno Ci do grobu? – odpowiedź kruczowłosego przepełniona była jadem i podłością, ale nie było to w zasadzie czymś nowym. Zwykły obserwator mógłby pokusić się o stwierdzenie, że byliśmy mu tak obojętni jak cała reszta społeczeństwa. My jednak wiedzieliśmy swoje - byliśmy mu bliscy na tyle, by się o nas martwił. W swój własny, dość... Unikatowy sposób.
– Pokłócicie się potem, teraz są ważniejsze sprawy – postanowiłam przerwać nieprzyjemną ciszę i wrogie spojrzenia, którymi obrzucali się przyjaciele. Swoją wypowiedź zakończyłam długim westchnięciem. Ten dzień był zdecydowanie zbyt długi, a póki co nie było widać końca.
Zmarnowanym krokiem zaczęłam podchodzić do Naruto. Chłopak wzdrygnął się momentalnie, jakby przeczuwając nachodzący cios za swoją lekkomyślność - przeliczył się. Nie miałam ochoty bić, krzyczeć ani nawet szarpać, co było moim zwyczajem jeszcze za czasów dziecięcych. Jakby się dogłębnie przyjrzeć, to można uznać, że byłam dość agresywną nastolatką. Wiek buntu, niespełniona miłość i wojna jednak wpływają na człowieka.
– Uleczę Twoja ranę – powiedziałam potulnie, przykładając dłoń do policzka przyjaciela. Zielona poświata błyskawicznie zasklepiła rysę na twarzy blondyna, nie pozostawiając blizny ani żadnego innego śladu.
– Dziękuje, Sakura-san – wyszeptała Hinata, z ulgą spoglądając na niebieskookiego.
– Sakura ma rację, odstawmy tę szopkę na potem. Mamy coś do omówienia, prawda, Kakashi? – gniewny głos Shikamaru przeciął powietrze niczym ostrze kunsztownego miecza. Ciężko było stwierdzić, czy dym otaczający Narę był zaledwie tytoniową otoczką, czy ciemnowłosy zaczął już parować ze wściekłości. Coś wisiało w powietrzu, a Hatake był winien sporo wyjaśnień chyba nie tylko mnie. Sensei, wyczuwając buzującą złość chłopaka, skinął jedynie głową w geście potwierdzenia.
Rokudaime momentalnie rozwiał przyglądający się gromadzie shinobi tłum, zalecając ludziom pozostanie w domach i zapewniając wszystkich, że za awanturnikiem zostały już wysłane najlepsze oddziały ANBU. Obywatele nie wydawali się przekonani słowami siwowłosego, ale posłusznie opuścili teren.
– W takim razie zapraszam do mojego gabinetu – Kakashi westchnął, gdy na dziedzińcu został w obecności drużyny Shikamaru i swoich dawnych uczniów.
– W Twoich najśmielszych marzeniach, sensei – wtrąciłam gorączkowo. – Z całym szacunkiem, ale aktualnie zabieram Cię do szpitala. Twoje stopy są całkowicie poparzone – wytknęłam, lustrując uważnie nogi Hatake.
– Sakura, to jest poważna sprawa, duża... - Rokudaime zaczynał się wykręcać, ale nie ze mną takie numery. Co to, to nie.
– Duża, to może być Twoja wyobraźnia, sensei – odparłam machinalnie. – Możesz sobie wyobrazić, że sala szpitalna jest Twoim biurem, Szanowny - dodałam, posyłając siwowłosemu swój firmowy uśmiech numer pięć, który mówił jasno: jeśli mnie nie posłuchasz, to zaciągnę cię tam siłą.

***

Mimo licznych protestów Sakura pozostała nieugięta względem swojej decyzji, a shinobi znaleźli się w budynku dosłownie kilka chwil później.
Darzyłem te placówki szczerą nienawiścią prawdopodobnie od chwili poczęcia, a uczucie to było sumiennie potęgowane na przestrzeni lat. Już w momencie przekroczenia progu umieralni - jak to zwykłem pieszczotliwie mawiać - paraliżujący zapach śmierci (znany także pod nazwą środków dezynfekujących) ogarniał ciało nieszczęśnika, a po pięciu minutach błona śluzowa nosa zdawała się wyparować razem ze znikającymi z tego świata bakteriami. Siedziałem jednak wytrwale na jednej z rozpadających się ławek usytuowanych w poczekalni, a gorycz w błyskawicznym tempie rozprzestrzeniała się po całym moim organizmie. Nie byłem do końca pewien, do kogo kierowałem większe pretensje - do Kakashiego, który dał się zlać jak baba chodzącej imitacji ninja z czerwonym hełmem na głowie; do siebie za karkołomną decyzję o powrocie do wioski na prośbę siwowłosego, czy może do Haruno - która przywlokła tutaj rozszalałe stado głodnych informacji shinobi, a sama sprytnie zniknęła w jednej ze szpitalnych sal w towarzystwie Hatake. Złość rosła we mnie proporcjonalnie wraz z każdą spędzoną w tym przytułku dla obłąkanych minutą. Szukałem sposobu na ukojenie zszarganych nerwów, ale z moim szczęściem, które oscylowało w okolicach zera - żaden nich nie był wykonalny. Pole treningowe znajdowało się zbyt daleko, bym mógł oddać się uśmierzającym złość ćwiczeniom. W szpitalnej stołówce nie serwowali pomidorów, mogłem liczyć co najwyżej na pomyje przypominające ryż (nie, żebym był specjalnie wybredny - podczas pobytu na łasce Orochimaru zdarzało się jeść gorsze świństwa, ale jak już wyrwałem się z tego ciemnogrodu, to chyba mogłem liczyć na cywilizowany posiłek, prawda? Karma dla kota nie była ucieleśnieniem moich najskrytszych marzeń); a na podrzynanie gardła każdemu, kto ośmielił się wejść w moją drogę dostałem, krótko mówiąc, dożywotni szlaban.
Może liczenie owiec przyniosłoby mi spokój ducha podczas tej katorgi?
Pierwsza owca - Nara po pięciu minutach bez papierosa wyglądał, jakby właśnie rozpoczynał kurację odwykową.
Druga owca - Yamanaka irytująco kroczyła to w jedną, to w drugą stronę, w międzyczasie mrucząc coś pod nosem do samej siebie.
Trzecia owca - Chōuji pałaszujący kolejnego batonika. Swoją drogą: gdzie on chował to całe żarcie?
Wracając: czwarta owca - Suigetsu trajkotał bezustannie przy samym uchu o sprawach, które obchodziły mnie mniej niż złamany paznokieć. Chciałbym nadmienić, że stan moich paznokci interesował mnie raczej... Mało, żeby nie powiedzieć wcale.
Piąta owca - Karin, która ciągle wlepiała we mnie te swoje maślane ślepia. Co musiało się stać, by jej mały móżdżek w końcu zaakceptował fakt, iż nie jestem zainteresowany jej osobą?
Szósta owca (pozwoliłem sobie zaliczyć Kibę i Akamaru razem, jako że ich układy nerwowe są na poziomie ewolucyjnym gąbek) - zażarcie sprzeczała się z jedną z pielęgniarek, której najwyraźniej nie przypadła do gustu wielka, owłosiona kula na terenie kliniki.
Siódma owca - Sai zawzięcie rysował w swoim notatniku jakieś bohomazy, a dałbym sobie uciąć rękę, że obrazki przedstawiały gołe baby.
Ósma owca - Shino, który był chyba jedyną personą z tej zgrai zdolną do usiedzenia na czterech literach. Mimo, że doceniałem godne naśladowania zachowanie chłopaka, moje zdanie na jego temat pozostawało niezmienne od lat - pedofil albo płatny morderca. Cóż, w kwestii zabijania mógłbym się z nim nawet dogadać.
Dziewiąta owca - Hinata miętoliła własne dłonie położone na kolanach, zerkając co chwilę na Uzumakiego. Właśnie, Uzumakiego. Ta mała, cholerna gnida nie miała najwyraźniej co ze sobą zrobić; cały czas narzekał, że wszystko zajmuje zbyt długo, uciążliwie stukał butami w podłogę, walił ręką w wystarczająco zdemolowaną już ławkę i robił chyba wszystko, by doprowadzić mnie na skraj cierpliwości. Przysięgałem sobie, że gdyby rąk nie związywała mi obietnica złożona kilka lat temu Hatake, to przerobiłbym tego nieznośnego gnojka na suchy wiór.
To potwierdzone. Oficjalnie siedziałem otoczony bandą baranów. W takich chwilach przypominała mi się trafność decyzji odnośnie pracy w pojedynkę - każda osoba budziła we mnie niewyobrażalną chęć mordu. Gdybym tylko mógł, wyciągnąłbym swoją ukochaną, precyzyjnie wyostrzoną katanę i poderżnął gardła tym wszystkim impertynentom...
Moje utopijne rozważania dotyczące śmierci hołoty przerwały skrzypiące drzwi otwierane przez Haruno. Przyznam szczerze, że chyba jeszcze nigdy nie cieszyłem się tak na jej widok. Cóż za miła niespodzianka.
Dziewczyna stojąca w progu zaprosiła ruchem ręki całe zgromadzenie do mikroskopijnego pomieszczenia. Pielęgniarki nie były zadowolone z tak dużej ilości osób wchodzących do sali, ale nie podjęły próby walki z ciskającym piorunami spojrzeniem Shikamaru.
Obraz, który zastałem w pomieszczeniu przerósł moje najśmielsze oczekiwania - Kakashi leżał na łóżku, od kolan wzwyż zakryty jedynie prostym, białym prześcieradłem. Jego zakrwawione spodnie i buty leżały gdzieś w kącie pokoju, a kamizelka, płaszcz i kapelusz wisiały przewieszone przez krzesło. Jak widać pozbycie się dolnej partii ubrań nie było zbyt przyjemnym zadaniem, bowiem spod maski Hatake nadal dało się odczytać lekki grymas bólu. Warto było czekać na taki widoczek - nie, żebym życzył mistrzowi źle, ale uznałem to za dobrą rekompensatę za wycierpiane sprzed chwili katusze. Nie wiem, skąd w mojej głowie wzięły się takie spekulacje, ale... Myśląc czysto hipotetycznie: gdyby przyszło mi wybierać, w której sytuacji wolałbym się postawić - bezkompromisowo wybrałbym poczekalnie - Haruno była bowiem ostatnią osobą, której pozwoliłbym na ściągnięcie swoich ubrań. Nawet, jeśli byłoby to pod czystym względem medycznym... Znaliśmy się przecież od dziecka.
Podczas, gdy każdy szukał swojego osobistego metra kwadratowego, zielonooka przemywała zimną wodą poranione nogi Hatake.
– Jak to wygląda, Sakura-san? – zapytała zmartwiona Hinata.
– Są to rozległe oparzenia, pokrywające niemal piętnaście procent ciała – odparła płynnie dziewczyna. - Na szczęście tylko pierwszego stopnia. – Uśmiechnęła się, widząc niepocieszoną minę siwowłosego. – Normalnym tempem rany goją się około tygodnia, ale znam pewną technikę, która przyśpieszy proces regeneracji. – mówiąc to, zaczęła delikatnie przykładać do stóp i łydek Kakashiego swoje drobne dłonie otoczone żółtą poświatą.
– Sakura-chan, to niesamowite! Kiedy nauczyłaś się tak świetnego jutsu?! –  Naruto wyglądał tak, jakby zaraz miał się wystrzelić w kosmos. Blondyn zacisnął dłonie w pięści, a oczy świeciły niczym 24-karatowe złoto. Szło zrozumieć, że to jakaś wysokopoziomowa technika medyczna, ale czy naprawdę było się czym aż tak zachwycać? Postanowiłem siedzieć cicho, jako że moja znajomość medycyny ograniczała się do przemycia rany wodą i naklejenia plastra. Cóż, wprawdzie było to całkiem uzasadnione - częściej zdarzało mi się zabijać, aniżeli leczyć.
– Jakiś czas po opuszczeniu wioski spędziłam w Sunie, pomagając w tamtejszym szpitalu. Ze względu na panujące warunki, wykorzystywanie tej metody było na porządku dziennym. – dziewczyna uśmiechnęła się blado, tłumacząc jakże zawiłą historię. – Przy dobrych wiatrach powinni wypisać cię pojutrze, sensei. Do tego czasu odpoczywaj i bardzo cię proszę, nie przeciążaj nóg – poradziła życzliwie różowowłosa, a w jej wypowiedzi dało się odczuć nutę profesjonalizmu. – Jestem pewna, że Shizune-san da sobie radę – dodała serdecznie.
– Shizune-san poradzi sobie fenomenalnie – głos szatynki pojawił się wraz z otwieranymi drzwiami do pomieszczenia. – A jeśli dowiem się, że wypisałeś się na własne życzenie, to przysięgam, że dopilnuję osobiście, byś wylądował tu na dłużej. – Wszyscy w pomieszczeniu wzdrygnęli się, słysząc mrożący krew w żyłach ton kobiety. – I może być Szanowny pewien, że obecne obrażenia będą niczym w porównaniu do piekła, które w takim przypadku zgotuję – dodała, a przerażający uśmiech ozdobił chudą twarz.
Ciemnooka zajęła miejsce obok Nary, wymownie opierając się o solidną konstrukcję parapetu. W przeciwieństwie do reszty, chłopak zdawał się nie być zainteresowany całym poruszeniem; nawet na moment nie przerwał zabawy stalową zapalniczką, którą otrzymał od Asumy. Co do Kakashiego - byłem pewien, że podczas wystąpienia Katō przeszedł chwilowy zawał.
– Trochę mi to zajmie, więc możecie już zacząć przedstawienie – mruknęła Haruno. Wszystkie pary oczu zerknęły wymownie na Hatake, oczekując dokładnych wyjaśnień ze strony pacjenta.
– Dobrze, więc... Od czego by tu zacząć... – Kakashi odchrząknął. – Może skupię się na najważniejszych informacjach – powiedział.
– Nie, nie, nie cukiereczku – syknęła jego asystentka. – Wyśpiewasz nam wszystko od samego początku. Skąd w tej kobiecie tyle jadu? Czyżby odziedziczyła tą cechę po Tsunade? Nie, żebym coś do niej nie miał, w zasadzie to zawdzięczałem jej wolność, ale... Ta kobieta zawsze budziła we mnie wzmożoną czujność.
– Dobrze, tak, naturalnie – opowiedział od razu. – Więc... Od kilku tygodni podczas przeglądania raportów z misji natykałem się na niepokojące oznajmienia. Niezależnie od tego, czy była to misja rangi C, czy A; kapitanowie oddziałów umieszczali w niej to samo zdanie – przerwał wymownie.
– Co to za zdanie? – zapytał Kiba, przeczesując dłonią futro Akamaru.
– „Ktoś nas obserwował” – odparł poważnym tonem Hatake. – Zaintrygowało mnie to, więc przeprowadziłem dokładny wywiad z osobami składającymi raporty. – siwowłosy westchnął. – Niewiele się niestety dowiedziałem. Każdy z nich stwierdzał jednogłośnie, że czuli się obserwowani, ale nie byli w stanie wyczuć żadnej chakry wokół siebie.
– Co w tym takiego nietypowego? Równie dobrze mogli coś sobie ubzdurać, zwykła ludzka pomyłka. – wtrącił zażenowany Suigetsu. – Też czasem mam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą – dodał.
– W twoim przypadku wiąże się to z samouwielbieniem i grubiańskim nawykiem zbyt częstego spoglądania w lustro – bąknęła Karin, zdegustowana brakiem pomyślunku swojego kompana.
– Dzisiejszy dzień udowodnił, że te sytuacje mogą być w pewien sposób powiązane – westchnęła cicho Shizune.
– Te sytuacje są powiązane – mruknął Kakashi.
– Skąd ta pewność? – zapytał Shino. Jego głowa schowana szczelnie pod kapturem i oczy zakryte okularami utrudniały prawidłową interpretację intencji chłopaka; ciężko było stwierdzić, czy użyje wybuchowych robaków do detonacji szpitala, czy może wyjmie z rękawa bukiet czerwonych róż. Cóż, poniekąd lubiłem niespodzianki.
Siwowłosy odwrócił wzrok niczym pięciolatek, który zbił cenny wazon i za nic nie chciał się do tego haniebnego czynu przyznać. Nieładnie Hatake, oj nieładnie.
– Skąd. Ta. Pewność – powtórzyła zniecierpliwiona Shizune, wbijając paznokcie w Bogu ducha winien parapet.
– Jakby to... – zaczął niepewnie Kakashi. – Wydaje mi się, że widziałem tego człowieka wcześniej – dodał szybko.
– Jak to? – wtrąciła się zaciekawiona Ino.
– Kilka dni temu siedziałem w nocy nad jakimiś papierami. Usłyszałem szmery dochodzące z archiwum – powiedział Hatake. – Kiedy tam poszedłem, przed oczami mignął mi tylko czarny płaszcz, a w pokoju nie było nikogo. Tylko stos przewertowanych papierów – wyznał zmieszany.
I w tym momencie zaczęło się piekło.
Shizune jak w amoku rzuciła się na siwowłosego, swoimi ruchami przypominając raczej rozwścieczoną niedźwiedzicę, aniżeli drobną chudzinę.
Shikamaru nie wytrzymał ciśnienia i rzucił doniczką o ścianę, po drodze zamieniając głowę Suigetsu w drobną kałużę.
Naruto zdążył jednym tchem zadać milion pytań, których nikt i tak nie był w stanie zrozumieć, podczas gdy Kiba wraz z Choujim starali się przytrzymać wściekłą szatynkę. Kakashi trzymał gardę, jakby obawiając się, że jego podwładni nie będą w stanie zatrzymać rozwścieczonej asystentki. Cała reszta stała wmurowana, doglądając działań swoich towarzyszy. Zamęt ten został jednak przerwany szybciej, niż mógłbym się tego spodziewać. Szkoda, bo zapowiadało się ciekawie.
– Cisza! – Haruno oderwała się od leczenia poparzeń Kakashiego na rzecz przemienienia szafki stojącej obok łóżka w drewniany stos. – Czy moglibyście darować sobie te krzyki? Ta technika wymaga dużej koncentracji i precyzyjnej kontroli chakry. Przez ten cyrk nie jestem w stanie odpowiednio się skupić – wycedziła przez zęby. Widząc niebezpiecznie pulsującą żyłkę na czole dziewczyny, każdy zdecydował sobie odpuścić. Haruno, widząc poprawę ze strony poskromionych towarzyszy wróciła do wykonywania poprzedniej czynności.
– Rozumiem, że możecie być zdenerwowani obecną sytuacją, ale jedynym logicznym wyjściem jest zachowanie zimnej krwi i przetrawienia informacji, które ma nam do przekazania Kakashi-sensei – Haruno broniła swojego mistrza przed niebezpiecznie wystającym senbon z rękawa Shizune.
O proszę, czyżby Sakura nauczyła się w końcu trzymać swoje emocje na wodzy? Cóż za miła niespodzianka. Nie sądziłem, że dożyję tego widoku.
– Jest jeszcze coś – powiedział cichym głosem Hatake. – Ten shinobi... Miał opaskę naszej Wioski – powiedział, zaciskając pięść.
Co?

***

Wiedziałam. Wiedziałam, że widok opaski, którą ujrzałam, spadając z budynku, nie był efektem halucynacji ani wzmożonym działaniem adrenaliny. Błysk metalu z wyrytym znakiem Konohy został odkryty, gdy spadałam ze szczytu siedziby Hokage. Wyraźnie pamiętałam sylwetkę przeciwnika szykującego się do ucieczki i odchylający się na ułamek sekundy płaszcz, pod którym na wysokości pasa przymocowana była czarna wstęga.
– Powiedział, że nazywa się Minoru. Nie znam żadnej osoby mieszkającej ani pochodzącej z wioski o takim imieniu – wyznał zdawkowo siwowłosy.
– Wygląda na to, że ktoś stara się, abyśmy popadli w paranoję. Jego celem jest wprawienie nas w błędne przekonanie, że Minoru dokonał zamachu stanu? – zapytała sama siebie Shizune. Cóż, było zagranie raczej mało trafione. – Czy wróg naprawdę miał nadzieję, że Kakashi nie dowie się o sfalsyfikowanej opasce oznajmującej przynależność do wioski? Werdykt nasuwał się sam - ale czy było możliwym, by inna wioska... Nie, nie, nie. Trwa pokój, Sojusz Shinobi jest utrzymany. Nic takiego nie miało prawa się kiedykolwiek stać. Dałabym sobie uciąć głowę, że nikt nie zerwałby paktu, to już nawet mniej niż niemożliwe.
– Nie mam pojęcia, kto i jakimi intencjami się kierował – powiedział zmarnowany Hatake. – Ale na pewno kryje się za tym drugie dno. Wcześniej dokonywał oględzin wioski i jej terenu, przeszukał archiwum, chociaż nic nie zginęło. Definitywnie zbierał informacje. Dopiero dziś zaatakował i to w tak ważnym dniu, w samym centrum wioski. Wiedział, że ma przewagę. Wiedział, że liczba patroli jest ograniczona. Wiedział gdzie uderzyć. To jakaś chora gra, której za nic nie mogę pojąć – dodał sfrustrowany.
A może zostałabym bez głowy? Wolałabym jednak ją zachować, czasem mi się przydawała.
– Bardziej od motywów interesują mnie zdolności tego człowieka. Jedyną osobą, która była w stanie opanować styl drewna był Pierwszy Hokage – dodała Ino.
– Podczas poprzedniej wojny co druga osoba była w stanie używać Mokutonu – powiedział Suigetsu. – Madara, Obito, Zetsu... – zaczął wymieniać na palcach. – Rany, jak wy pilnujecie ciała Pierwszego, że każdy wszczepia sobie jego komórki? – narzekał.
– Suigetsu... – Karin syknęła, formując swoją dłoń w pięść.
– Choć rzadko się z nim zgadzam, tym razem trzeba przyznać mu rację, Karin – odparł sceptycznie Sasuke. – Orochimaru w jednej ze swoich kryjówek posiadał tkanki Hashiramy, ale z całej grupy dzieci, które porwał do swoich eksperymentów przetrwał tylko Yamato – dodał. – Ktoś najwyraźniej ma lepsze warunki niż wężowaty. I dobrze wie, jak je wykorzystać.
– Czy to znaczy, że nasz gość jest kolejnym eksperymentem wyhodowanym z probówki? – zapytał Sai.
– Na to wygląda. Poza tym jego szybkość była zatrważająca.
– Wyglądało to bardziej jak teleportacja, aniżeli szybkość. W jednym momencie znikał, pojawiając się w miejscu oddalonym o kilka metrów w ułamku sekundy.
– Jego technika przypomina nieco umiejętność Sasuke – powiedział w zamyśle Naruto. – Tylko na znacznie wyższym poziomie – dodał chłopak. Oczy wszystkich skierowały się na Uchihę. Ten westchnął, przeczesując włosy dłonią.
– Moja technika jest na bardzo ograniczonym stadium. Opanowałem ją po uzyskaniu chakry od Mędrca Sześciu Ścieżek, a kiedy ta zniknęła, cholernie trudno było wygenerować tak liczne ilości chakry, odpowiednio je utrzymując. Obciążenie jest zbyt duże, co sprowadza się do tego, że jutsu jest nieprzydatne w walce. Mogę go używać raz, góra dwa razy dziennie. Poza tym odległość, którą mogę pokonać nie przekracza kilku metrów, podczas gdy on używał jej niemal cały czas na różnych dystansach – powiedział ni to zdenerwowany, ni zażenowany. Czyżby kogoś trapiła złość na samą myśl, że technika którą posiadł nie jest tak unikatowa, jak mogłaby się wydawać?
– Jest w nim jeszcze jedna niepokojąca rzecz – mruknął nieswojo Kakashi. – W jednej chwili powalił cały oddział ANBU. Gdy dotknął moich kostek, poczułem się, jakby ulatywała ze mnie energia.
– Kradnie chakrę? – napomknęła Shizune.
– Na to wygląda. Chociaż przypuszczam, że w przypadku ANBU nałożył krótkoterminową pieczęć na punkty witalne – powiedziałam. – To diabelnie trudna do wykonania technika blokująca przepływ energii. Poza krótkotrwałym paraliżem wszystko wraca do normy – odparłam. Czyżby koleją mocną stroną Minoru była zdolność pieczętowania?
– Jego taijutsu też było na dobrym poziomie – powiedział Chouji. – Walczył z wami jak równy z równym – dodał, zwracając się do Hatake i jego podwładnych.
– Jego siła pozostawia wiele do rzeczenia. Podobnie jak Raikage, do wzmocnienia uderzenia użył swojej szybkości, a mimo to nie naruszył żadnych struktur – powiedziałam.
– Jesteś pewna, że nie zrobił tego celowo? – spytał Shikamaru. – Nie on pierwszy podniósł broń. Gdy zbliżył się do Hokage, ANBU zareagowało i ruszyło na niego. Od nie zaczął tej walki, on sprowokował was do jej podjęcia – mruknął, w międzyczasie bawiąc się zapalniczką. – Poza tym nikt nie ucierpiał. Hokage sam wysadził sobie nogi w powietrze – dodał, patrząc na Kakashiego.
– To nie była dla niego walka, tylko dziecinna zabawa – powiedział Hatake, puszczając uwagę Nary mimo uszu. – Jego celem było ostrzeżenie wioski i sianie zamętu. Uderzył w idealnym miejscu w odpowiednim czasie, by obniżyć morale społeczeństwa i sprawić, by cywile nie czuli się bezpieczni – dodał zmarnowany. – Gdybym zareagował wcześniej i wszystko wam powiedział, może nie doszłoby do tej tragedii – westchnął.
- Nie czas teraz na użalanie się, Kakashi. Zostawmy to na potem, teraz nadszedł czas na działanie. Jaki jest plan? – zapytała Shizune.
– Sądzę, że najrozsądniejszym będzie, by drużyna Himitsu udała się w tej chwili na zwiady – odpowiedział Hatake. – Przeszukajcie cały teren wioski i upewnijcie się, że że po zbiegłym ninja nie ma śladu. Priorytetem jest teraz bezpieczeństwo mieszkańców – dorzucił. – Kiedy skończycie, zdajcie raport Shizune. Wygląda na to, że zafundowałem sobie małe wakacje – westchnął, patrząc na moją, nieugięta w tej kwestii minę. – ANBU ruszyło już w pościg i przypuszczam, że powinni niedługo wrócić. Shizune, wyślij dziś proszę jastrzębia do wszystkich Kage, powinni wiedzieć o tym, co się wydarzyło.
– Niech tak będzie – powiedział Nara, odchodząc od okna. – Idziemy – skierował swą wypowiedź do drużyny. Jego skupienie i determinacja prawie odwracały uwagę od tytoniu, którego zapach raził na kilometry.

W pomieszczeniu został tylko Hatake wraz ze swoimi uczniami. Uzumaki obrał sobie za cel chwiejne krzesło, Sasuke stał z boku ze skrzyżowanymi na klatce piersiowej ramionami, a ja nadal używałam swojej techniki do odratowania nóg mistrza. Cisza była przytłaczająca.
– Cieszę się, że nie zignorowaliście moich listów – zaczął Hatake. – Powodem mojego wezwania były przypuszczenia, którymi chciałem się z wami podzielić. Jak widać, wszystko wyszło dopiero po fakcie.
– Shizune-san nie da ci żyć, senseeei – mruknął Naruto, przeciągając mozolnie ostatni wyraz. – A Shikamaru wyglądał, jakby miał ochotę popełnić harakiri.
– Prędzej, niż cokolwiek innego, zabije go rak – powiedział zmęczony całą sytuacją Sasuke.
– Shizune-san jest rozsądną kobietą. Martwi się o ciebie i o wioskę, sensei – powiedziałam.  – Jej złość minie – dodałam, uśmiechając się z lekka. Zbyt dobrze znałam Katō, żeby przypuszczać, że stanie się inaczej. Motyw jej zachowań był prosty, niemal cykliczny. Właśnie dlatego jej znajomość ograniczała się do towarzystwa Tsunade i mnie, gdy akurat napatoczyłam się gdzieś obok. Im więcej osób zna jej „słabość”, tym łatwiejszym celem się staje. Najwyraźniej, mimo utrzymania pokoju, szatynka postanowiła zachować swoją strategię.
– Oby tak było – westchnął Kakashi – Oby twoje słowa znalazły miejsce w rzeczywistości.
– Wzywanie mnie do wioski było błędem, Kakashi – mruknął nagle Sasuke. – Wiesz, że nie powinienem tu wracać.
W pokoju zapanowała cisza. Tik, tak, tik, tak - wskazówki zegara działały płynnie, doprowadzając mnie do szału. Skąd w nim nagle takie wyznanie?
– Wiem – odparł Kakashi, wprawiając mnie w osłupienie. Naruto jakby ucichł, patrząc w dłonie położone na oparciu krzesła jak na największe wybawienie z obecnej sytuacji. Czy tylko ja nie wiedziałam o co chodzi? Może ktoś byłby łaskawy mnie wtajemniczyć?
– W każdym razie – odchrząknął Kakashi, nieudolnie próbując zamknąć temat. Niestety, konsternacja była tak prawdziwa, jak jego poparzenia. - Co zamierzacie teraz zrobić?
– Chyba pójdę do staruszka na ramen. To za dużo emocji, nawet jak na mnie – pierwszy odezwał się Naruto. – Sakura-chan, może do mnie dołączysz? – zapytał z nadzieją.
– Przykro mi, Naruto, ale mam do załatwienia pewną sprawę. – Uśmiechnęłam się blado.
– Sasuke? – blondyn spojrzał na kompana.
– Ja też odpadam – powiedział. – Muszę się upewnić, że Suigetsu nie zdążył zdewastować mojego domu.
Blondyn uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi.
– No, skończyłam. Powiem pielęgniarkom, jakie leki powinny Ci dawać, sensei. Wpadnę jutro, żeby zobaczyć jak się trzymasz. Życzę zdrowia. – Obdarzyłam uśmiechem mistrza. Miałam szczerą nadzieję, że nie wpadnie na genialny pomysł wzięcia udziału w maratonie, przynajmniej do jutrzejszego poranka. Technika była przydatna, ale nie polegała na wymianie zranionej kończyny, tylko częściowej niwelacji poparzeń - oby miał tego świadomość, o ile chce szybko stanąć na nogi.
– Do zobaczenia – mruknął jedynie w odpowiedzi.
Opuściliśmy salę.
Czy tylko mi wydawało się, że atmosfera była... Ciężka, sztuczna, wymuszona? Każdy był skupiony na własnych myślach, nikt nie zwracał uwagi na inne osoby. Spotkanie naszej drużyny po latach odbyło się w okolicznościach... Co najmniej, mówiąc delikatnie, niesprzyjających. Nie tak wyobrażałam sobie ponowne zetknięcie naszych ścieżek.
Chociaż, mówiąc szczerze, nie wiem, czy podczas ostatnich lat w ogóle dopuszczałam do siebie myśl, że takowe kiedykolwiek nadejdzie.
A jednak.
Życie: 1, Haruno: 0.